babcia-malgosia blog

Twój nowy blog

Tak, wiem,
że wiele się dzieje, że generał Petelicki nie żyje, ze przegraliśmy z Czechami…

Mecz,
owszem,  wysłuchałam (w radio, bo tv nie
posiadamy). O generale, jego bujnym życiorysie, stosunku do Smoleńska, wiele
można znaleźć w Internecie.  

Czytałam też
niedawno, że sporo Polaków (nie tylko z pewnością Polaków) jest tak pochłonięta
polityką, że  nie ma już czasu ani tchu
na kulturę, którą traktują jak macocha pasierbicę z bajek mojego dzieciństwa. Można
to, myślę,  jakoś zrozumieć, bo jeśli są
przekonani, że życie własne, kraju jest ciągłą walką  dobra ze złem, walką o wolność, o prawdę,
sprawiedliwość (dobrze,  jeśli walczy się
o coś, a nie wyłącznie  z kimś), to i priorytety,
hierarchia ważności spraw ma swój porządek różny od porządku tego, dla kogo życie
to przede wszystkim  budowanie. Przypomniał
mi się tu od razu „Popiół i diament” lub walka wręcz, na barykadach (wbrew
możliwościom oraz wszelkim radom najbliższych) Krzysztofa Kamila Baczyńskiego.
I jego śmierć, łatwa, chyba, dla wielu do przewidzenia.

No więc ja,
nie o polityce dziś, ani o sporcie ( który też jest walką a nie żadną pokojową
manifestacją) ale o naturze w zetknięciu z cywilizacją.

Kilka dni
temu zepsuł się w P. Internet. Nie tylko nam ale prawie w połowie wsi. Telefony stacjonarne
także zamilkły.  Przyjechali specjaliści  z tepsy, z miasta, i zaczęli dumać. Chcieli
nawet jakąś maszynę z jeszcze większego miasta ściągać, gdy bystro i
inteligentnie odkryli, ze winowajcami są bobry. Sytuacja mało prawdopodobna na
przykład w Warszawie na Mokotowie.

Otóż te
bobry zamieszkały sobie w dość długim cementowym kręgu  pod szosą i pewnie im te kable internetowe
przeszkadzały, gdy natrafiły na nie powiększając chałupę. Mogły też te przewody
wydawać  jakieś ultradźwięki przez nie
wyczuwalne, więc je pogryzły. Niektórzy ludzie chętnie by zrobili coś podobnego
z wiatrakami wytwarzającymi prąd, ustawionymi za blisko domów, ale gdzie im tam
porównywać szczęki (często już sztuczne) z żółtawo-pomarańczowymi, wspaniałymi siekaczami
bobrów.

Bobry to
arcyciekawe zwierzątka. Są największymi europejskimi gryzoniami. Długość ich ciała
dochodzi do 1 metra, ważą około 22 kilogramów, żyją średnio do 15 lat, ale bywa
i do 50.

W Polsce są
pod ochroną. Na północo – wschodzie naszego kraju, czyli u nas, jest ich nieco
ponad 10 tys. i wciąż ta liczba wzrasta, z każdym rokiem, w przeciwieństwie,
niestety, do liczby Polaków.

I co ciekawe
- bóbr to jedyne stworzenie, które, tak jak człowiek umie zmieniać otoczenie,
jeśli mu z jakichś powodów nie pasuje, nie odpowiada. Nie jest zależny od otoczenia. Budując
tamy rzeczne, nory i kanały  zmienia
wygląd nieraz jałowych obszarów ziemi, gdyż  nawadnia suche tereny. Czasem, oczywiście, wbrew
planom i zamierzeniom rolników, którzy coraz usilniej domagają się, by bóbr
przestał być zwierzątkiem chronionym, a  zaczęto wreszcie chronić rolnika przed bobrami. Jest to
temat szeroki, ale krótko mówiąc, niełatwo jest i nie zawsze sensownie walczyć
wręcz (wypędzając je, odstrzeliwując, niszcząc ich budowle…) z bobrami.

Bobrza
działalność inżynieryjna, bowiem,  bardzo się Polakom w gruncie rzeczy przysłużyła.  Na przykład dzięki tym sympatycznym
budowniczym w Polsce na początku tego dziesięciolecia podniósł się poziom wód
gruntowych na blisko dwudziestu tysiącach hektarów ziemi.  Więcej niż dziesięć tysięcy hektarów lasów
bobry ochroniły przez swoją działalność przed pożarami a na kolejnych
dwudziestu tak zmieniły ekosystem, że stał się bardziej przyjazny dla wielu
innych gatunków roślin i zwierząt. Dla rolnika jednak to nie są argumenty
przekonywujące go, jeśli bobry zmniejszają mu znacząco powierzchnie własności i
niszczą zasiewy, lub łąki….

Bobry żyją w
rodzinach i to kilkupokoleniowych. Wszyscy w rodzinie bobrzej wspólnie pracują,
czy to budując tamy, czy gromadząc jedzonko na zimę (bardzo lubią wierzbę i
topolę), czy dbając o czystość swojego mieszkania, które jest
podzielone na kilka pomieszczeń służących określonym celom. Stale je powiększają,
sprzątają i naprawiają. Co do tamy, jest ona budowana w celu podniesienia
poziomu wody na rzece, tak aby wykopane przez zwierzę wejście do nory
znajdowało się pod wodą. Z obawy przed napaścią dzikich zwierząt (lisów, wilków…).
Ostatnio jednak, tak poczuły się pewnie wśród ludzi, że próbują budować swe żeremia
wprost na ziemi, a te nasze bobry –  w kręgu, pod asfaltem.

Bóbr jest
zwierzęciem monogamicznym, tzn. dochowuje wierności swojemu małżonkowi/małżonce
przez całe życie. Bobry także troskliwie wychowują swoje młode, które rodzą się
raz do roku, na wiosnę. Co ciekawe – obowiązki przy małych bobrach, których
może być aż sześć w miocie, pełnią jednakowo mama , tata i starsze dzieci. Domek-kopiec
może służyć kilku pokoleniom bobrów. 
one niebywale rodzinne i utrzymują ze sobą więzi aż do czasu śmierci.

Dawniej
bobry ceniono ze względu na futro oraz mięso. Ze względu na ogon pokryty łuską
mięso bobrów jedzono także w czasie postu. Jeszcze kilkaset lat temu było
uznawane za rybę. W Polsce, w średniowieczu, skóry bobrze miały wartość obiegową
w handlu wymiennym. Podatki oraz kary płacono nawiązką skór bobrowych. Pozwalano
na bobry polować głownie zamożnym paniczom i książętom. Odzież z bobrzego futra
cieszyła się uznaniem a jeszcze do dziewiętnastego wieku leczono z różnych
chorób za pomocą bobrzego tłuszczu. Niegdyś 
zęby bobra – te charakterystyczne pomarańczowe siekacze – wieszano
niemowlętom na szyi by uśmierzyć ból ząbkowania.

Bóbr jest
świetnym pływakiem. Potrafi przebywać pod wodą 10 minut.

Jest też
doskonałym drwalem -  bobry  starają się ścinać drzewa, na przykład, w ten
sposób, aby przewracały  się one w
kierunku rzeki.

Są też bobry
wyśmienitymi inżynierami. Z podziwem i pokorą można zachwycać się ich
wyliczeniami  i budową kanałów, ich
zdolnościami  fizyczno – matematycznymi… Ciekawe,
czy rodzą się czasem bobry uzdolnione poetycko bądź muzycznie, jakiś np. bóbr w
podobie do naszego Janka Muzykanta… 

Z
ciekawostek o bobrze to warto jeszcze wiedzieć, że:

- bóbr ma
dodatkową, przezroczystą powiekę chroniącą oczy pod wodą.

- jest zwierzęciem terytorialnym, broni
własnego terenu przed innymi osobnikami swojego gatunku.

- w  razie zagrożenia uderza ogonem o taflę wody
alarmując pozostałych członków rodziny.

****************

Widziałam
niedawno ( w środku dnia, idąc na zakupy) dwa małe boberki, które bawiły się w strumyku
przy dość ruchliwej szosie. Nie bały się ludzkiego głosu, bo oczywiście coś tam
do nich przemawiałam ciepło i przyjaźnie, choć ich gatunek nie zachował się
przyzwoicie wobec nas: zalały nam ogromną część łąki i zrobiły z niej Park
Narodowy. Na szczęście dla nich nie jesteśmy rolnikami, liczącymi od razu
straty i ten park nawet nam się podoba. Urosły tam jakieś przedziwne rośliny,
pomieszkują łabędzie. Wybaczyliśmy im.

 

     

 

Nie będąc pewna , nie tak dawno , daty śmierci mojego Ojca (cóż, starość!…),
wbiłam jego imię i nazwisko w Google i  znalazłam, przy okazji, takie oto
wspomnienie o Nim, napisane przez jakąś zupełnie nie znaną mi Panią: 

       Medalik prawdziwie cudowny

„Zdarzyło się to w Zakopanem, wiele lat temu. W pensjonacie, w którym
jako mała dziewczynka mieszkałam z Mamą, zaprzyjaźniłyśmy się z pewnym panem,
który siedział z nami przy stoliku. To dzięki niemu przeżyłam pierwszą „górską”
wycieczkę – na Łysanki. I od niego dostałam na pożegnanie niezwykły prezent –
drewnianą kolejkę linową, która, gdy się kręciło korbką, jeździła między dwoma
palikami. Takie to były wówczas zabawki, magiczne, nie wirtualne, pobudzające
wyobraźnię.

Zapamiętałam, że ten pan był artystą, chyba malarzem, a także jego
nazwisko, które zdawało mi się osobliwe i całkiem do niego nie pasujące. Pan
Łoskot bowiem zupełnie nie kojarzył się z hałasem, przeciwnie, był mężczyzną
spokojnym, opiekuńczym, godnym zaufania. Mojej Mamusi na pożegnanie ofiarował
kilka skromnych, blaszanych medalików z wizerunkiem Matki Bożej. Po powrocie do
Warszawy Mama schowała je troskliwie do szarej zamszowej kasetki, która kryła
jej skromne precjoza.

Minęły lata. Gdy zmarł mój Tatuś, Mama wyjęła z kasetki jeden z tych medalików
i przyszyła pod kołnierzyk Jego marynarki.

Minęły lata. Kiedy żegnałam Mamusię, przypomniałam sobie o medalikach.
Przyszyłam jeden pod kołnierzyk Jej sukni, ostatni pozostały schowałam na
miejsce.

Minęły lata. Podczas pielgrzymki do Ziemi Świętej zamarzyłam sobie, że
przywiozę stamtąd, obok różańca, krzyżyka i szopki z oliwnego drzewa, malutką
metalową figurkę Matki Bożej. Przyjrzałam się jej dokładnie dopiero po
powrocie. Zaintrygowała mnie na niej data: 1830.

Tajemnicę wyjaśniła mi moja kuzynka Ewa, biegła w sprawach świętych. To
nie Matka Boża z Lourdes, ani z Fatimy, lecz Madonna od Cudownego Medalika
zamieszkała w moim domu. Niepokalana, która po raz pierwszy 27 listopada 1830
roku objawiła ten medalik nowicjuszce Zgromadzenia św. Wincentego a Paulo,
siostrze Katarzynie Laboure, w kaplicy Sióstr Miłosierdzia przy rue du Bac w
Paryżu.

Wokół nadziemsko pięknej Madonny zajaśniał owalny napis: „O Maryjo bez
grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy”. Katarzyna
usłyszała też głos Maryi Panny: „Postaraj się o wybicie i rozpowszechnienie
medalika według tego wzoru. Wszyscy, którzy będą go nosić z ufnością i wiarą,
otrzymają wiele łask”.

Katarzyna tajemnicę objawień wyznała tylko swemu spowiednikowi, ks.
Aladelowi, który wkrótce zajął się upowszechnianiem medalika. Dopiero po
śmierci siostry Katarzyny w 1876 roku odczytano jej relację, spisaną na
polecenie spowiednika. Pierwsze medaliki zostały wybite w 1832 roku. W ciągu
kilku następnych latach wybito ich parę milionów. Ponieważ okazało się, że za
ich sprawą dokonuje się wiele nawróceń i uzdrowień, między innymi z szerzącej
się wówczas epidemii cholery, medaliki zaczęto nazywać cudownymi. Katarzyna
Laboure, która do końca życia pracowała fizycznie w paryskim przytułku dla
starców i ludzi chorych, w 1947 została kanonizowana przez papieża Piusa XII.
Cudowny Medalik całe życie sam nosił i rozdawał innym, również niewierzącym,
św. Maksymilian M. Kolbe, wielki czciciel Niepokalanej.

Zaciekawiona, sięgnęłam do szarej kasetki Mamy. Tak jak przypuszczałam,
w przegródce leżał Cudowny Medalik! Ponieważ stale miałam na szyi łańcuszek z
krzyżykiem, medalik umieściłam w pudełku z dewocjonaliami – i nosiłam tylko
okazjonalnie.

Minęły znów lata… Po pielgrzymce, między innymi do sanktuarium przy
rue du Bac, zawitała do mnie Maria, moja przyjaciółka.

Czym mnie obdarowała? Zdjęciami, (…) i ślicznym srebrnym Cudownym
Medalikiem na łańcuszku, tam poświęconym, z oryginalnym francuskim napisem…
Poczułam, że ten medalik, że widniejąca na nim Maryja, znowu delikatnie mi się
przypomina. Jakże odmówić, nie docenić? Więc noszę medalik od Marii, razem z
krzyżykiem, poświęconym podczas Apelu Jasnogórskiego na Krakowskim Przedmieściu
przez ks. Jacka Bałembę, tuż przed jego wyjazdem do Częstochowy.

Spotkań z medalikiem ciąg dalszy, późną wiosną tego roku, znowu w
Zakopanem. Ewa i jej mąż Andrzej zabierają mnie na pielgrzymkę do nieznanego mi
dotąd kościoła na Olczy, położonego na wzgórzu, z przepięknym widokiem na
Wysokie Tatry. Jego architektura znakomicie się komponuje z pejzażem. Napis nad
głównym wejściem głosi: „Sanktuarium Matki Bożej Objawiającej Cudowny
Medalik”… Scenę objawienia przedstawiają nieco poniżej, na stoku wzgórza,
rzeźby Niepokalanej i klęczącej przed nią siostry Katarzyny.

W gablotkach można prześledzić historię Cudownego Medalika, wydarzenia
z nim związane mienią się na kolorowych witrażach. Uwagę przyciąga utrzymana w
góralskim stylu kapliczka bł. Jana Pawła II. W każdą niedzielę o godz. 19-ej
odprawiane są w tym niezwykłym sanktuarium msze św. góralskie, na które
zjeżdżają się także turyści.

Lecz nie koniec na tym. Parę miesięcy temu na Starych Powązkach „coś”
kazało mi przystanąć w miejscu, które zwykle szybko mijam w drodze do grobów
moich Bliskich. Na ciemnoczerwonym kamieniu spostrzegam napis:

Śp.  Zbigniew Łoskot

artysta plastyk

żył lat 75 zmarł 1 IX 1997

Pomodliłam się z wdzięcznością, podziękowałam Mu za te medaliki sprzed
lat, przeprosiłam, że nie umiałam ich docenić. W domu odnalazłam w Internecie
informacje o ofiarodawcy. Pan Łoskot ukończył krakowską ASP, często podejmował
tematykę sakralną, uprawiał malarstwo ścienne i sztalugowe, grafikę, ilustrował
książki, tworzył witraże (np. w Archikatedrze Warszawskiej) i mozaiki.
Zaprzyjaźniony z Nim ks. Jan Twardowski napisał: „To niespotykany, zasłużony i
niedoceniony malarz kościołów. Był prawdziwym artystą, bo nie udawał artysty.”

Parę tygodni temu, 11 listopada. Zaglądam znowu do Internetu aby przed
mszą św. w kościele św. Apostołów Piotra i Pawła na Koszykach, przed Marszem
Niepodległości,  dowiedzieć się czegoś
więcej o tej świątyni, w której przed wojną brali ślub moi Rodzice. Została
wysadzona w powietrze przez Niemców, następnie odbudowana, a jej wystrój stopniowo
wzbogacano. Czytam: „Autorem mozaiki ceramicznej w ołtarzu głównym
przedstawiającej Chrystusa Zmartwychwstałego oraz postacie św. Piotra i Pawła
jest artysta plastyk Zbigniew Łoskot”… Więc znowu, akurat w to wielkie
polskie Święto Narodowe, tym razem patrząc na Jego dzieło, „spotykam” jego
twórcę podczas uroczystej Eucharystii. Idealne miejsce i czas, by temu
„malarzowi kościołów” podziękować modlitwą za Cudowne Medaliki i za piękną
ścianę ołtarzową. A Najświętszej Marii Pannie za wszystkie z Nią spotkania, za
cierpliwość i opiekę”.

*****

Gdy po śmierci mojego Taty robiliśmy porządki w Jego
pracowni, znalazłam w jakiejś szufladce sporą garść tych medalików,  razem z 
niewielkimi  książeczkami,
opisującymi historię objawienia jak też  cudownego medalika.

Ojciec mój  nosił zawsze kilka, kilkanaście tych
medalików przy sobie i rozdawał ludziom.  

*****

Podczas mojego ostatniego pobytu w Warszawie, już po
przeczytaniu tego wspomnienia, rzuciłam się do poszukiwania w moim pokoju
tychże medalików. Znalazłam, zabrałam je z sobą do P.  

*****

Dziś jest Dzień Dziecka.

Ja  - dziecko mojego
Ojca  -  przyrzekam  Tacie i sobie  - resztę tych medalików  rozdać  ludziom.

*****

Sama posiadam identyczny srebrny medalik, o jakim pisze (powyżej ) autorka
tychże wspomnień. Dostałam go od pewnej starszej Pani 
- Francuzki,  w czasie naszej
emigracji we Francji. Kupiła go na rue du Bac w Paryżu,  specjalnie dla mnie, emigrantki, w niełatwej wówczas
naszej sytuacji życiowej…  

ks. Jan Twardowski

Są matki  

Są matki

Zamyślone

Od garnków

I od kuchni

Są matki jak olej w lampce

Przed wielkim ołtarzem 

Są matki od zbóż

Od zasiewów 

I żniw

Jest także matka

Której oczy pochylone

Poszukują dojrzałego owocu 

Który opuścił jej gniazdo 

Kto ci zapłaci za miłość

Matko od zbóż 

I od kuchni

 

Mamusiu od wszystkiego 

Siedzi w gnieździe bocianowa

Pod piórkami jajka chowa

A mąż bocian dba o żonę

Znosi jej żabki zielone

    Czekają na dzieci swoje  

    W tym roku będzie ich troje  

    Boćki liczą jajka wciąż  

    Najpierw żona, potem mąż  

I znów mąż a potem żona

Dumna i zadowolona

Troje dzieci to niemało

Jeszcze więcej by się chciało

    Aż raz w wieczorowej porze  

    Ciemno było już na dworze  

    Żona jajka swe nakryła  

    Jeszcze raz je policzyła  

Jeden, dwa, trzy, co to? cztery?

Ogarnął ją klekot szczery

Głośno  woła męża
swego

Chodź szybko, mamy czwartego 

    Spytał żony – powtórz: ile?  

    I zadumał się przez chwilę  

    To już rodzina trzy plus  

    Niechaj będzie, mus to mus  

Gdy już jajka popękały

Czwarty okazał się mały

Szary, niski lecz szczęśliwy

Klekał tatuś: co za dziwy!

    Żabek nie lubi, je ziarna  

    Coś jego dola jest marna  

    I dziwna też jego mowa  

    Czy aby nam się uchowa?  

Siadywał ciągle na buku

I wołał tak dziwnie: 
a kuku

Wszyscy go jednak kochali

Lecz wciąż o niego się bali

    Ziarenka mu przynosili  

    I byli dla niego mili  

    A on  wśród  ich dziobów stuku

    Wciąż wołał im kuku, kuku   

A mama mawiała do dzieci

Możemy przykładem świecić

Niech w gnieździe tu z nami żyje

Choć nie wiem dziecię to czyje

    To nasze maleństwo kochane  

    Nie będzie nigdy bocianem  

    Ale się u nas wychowa  

    I tu zabrakło jej  słowa…

 

*******

 Post scriptum:

   1)   Rada dla osób mieszkających na wsi: wyjdź z
chałupy i posłuchaj

   2)   Rada dla osób mieszkających w mieście: kliknij w
Google  pod hasło: kukułka

******* 

Napisane w mikrobusiku 17 maja 2012 roku na trasie
Warszawa Suwałki. 

01.05.2012

O patriotyzmie można pisać, mówić dużo i różnorodnie, bo
różnie się go rozumie,  w zależności  od wielu czynników: wychowania rodzinnego,
szkoły, cech własnych osobowych, przeżyć, środowiska i epoki w której się żyje,
własnych doświadczeń…

Z patriotyzmem nikt 
się nie rodzi, człowiek go wybiera, akceptuje, rozwija, buduje, często z
trudem…, albo nie wybiera, nie akceptuje i nie rozwija. To drugie wyjście bywa
chyba łatwiejsze.

Cechy istotne każdego z nas wiążą się nierozerwalnie z  podstawowymi 
danymi  naszego życia,
składającymi  się na moje niepowtarzalne
„ja”.   Są to: rodzice, przodkowie, rasa
, religia, dziedzictwo, historia, kultura, tradycja, wspólnota, narodowość,
także płeć. Z drugiej niejako strony moją tożsamość  określa też  czasoprzestrzeń w której przyszło mi pojawić
się na tym świecie.  Osobiście wierzę w to,
że nie przez przypadek to wszystko zostało mi podarowane, że Bóg ma tak wobec
mnie ( jak wobec KAŻDEGO człowieka ) jakieś swoje plany. Moim zadaniem
jest  poszukiwać  je i rozwijać.  Odrzucenie lub zmiana niektórych z tych
cech  mojej tożsamości są jak najbardziej
możliwe, ale dzieje się to jakoś kosztem mojego podstawowego „ja”.  Można więc powiedzieć sobie, ze Polskę ma się
gdzieś , własnych rodziców także, można o język ojczysty nie dbać.  Michael Jackson nawet kolor własnej skóry
zakwestionował .  Ja natomiast uważam, ze
nie przez przypadek urodziłam się w XX wieku, i to  w Polsce – ksiądz  Bozowski mawiał, ze nie ma przypadków, są
znaki.  Te więc np. znaki nie są dla mnie
bez znaczenia. Nie przez przypadek  także
po prawie 10 latach emigracji politycznej zdecydowaliśmy się z mężem wracać do
kraju, do siebie.

Inny jest patriotyzm czasów pokoju, inny w czasie wojny, kiedy
na rozmyślanie teoretyczne nie ma już szans, a trzeba decydować i działać,  i to często natychmiast.  Niemniej te same wartości w obu tych okresach
są istotne, a przynajmniej winny być, choć różnie  bywają  akcentowane. 
Niektóre  prawa , w czasie wojny,
ogranicza się lub zawiesza  z
konieczności na kołku, ale prawo miłości drugiego obowiązuje
chrześcijanina  zawsze.

W czasie pokoju patriotyzmem może być rzetelna, uczciwa  praca na rzecz swojego kraju, rozwijanie
samoświadomości społecznej, czy wychowywanie dzieci w duchu poszanowania
państwa, narodu i każdego człowieka. W czasie zaś wojny w cenie są przede
wszystkim takie cechy jak odwaga, ryzyko, ofiarność, gotowość do poświęceń…

A dlaczego ja tak o tej wojnie, czyżby nam groziła?

Dziś wojna nie musi oznaczać czołgów, piechoty najemnej
(jeśli własna armia słabiutka), a nawet broni nuklearnej, choć  powinno się pamiętać kto ją ma ( osiem  państw zadeklarowało jej posiadanie, w tym:
Korea płn., Chiny, Indie, Pakistan. Podejrzewa się o jej posiadanie Iran,
Izrael, Libię) i wiedzieć, że np. na granicy Kaliningradu, koło Gołdapi, Rosjanie
rozstawili swoją broń nuklearną: rakiety S-400 tzw. Iskander,  o zasięgu 380 do 500 km.  No to gdzie dosięgną, króliczku?  Do Ameryki ani Brukseli nie, za to do Gdańska,
Warszawy czy Łodzi śpiewająco…

Dzisiejsza wojna to osłabianie w przeróżny sposób
przeciwnika (gospodarczo, zbrojeniowo, intelektualnie, fizycznie, finansowo…),
ogłupianie go choćby poprzez  programy TV
czy obezwładniający myślowo profil nauczania szkolnego….

Nie są to nowe metody, ale technologia używana do ich
realizacji jest coraz wspanialsza i wciąż się rozwija.  A człowiek, z własnej oczywiście winy,  uzależnia się od wygody  i to jego uzależnienie można wyśmienicie
wykorzystać. Można bowiem  coś dać i
potem zabrać jak psu kość. Piesek chodzi wtedy za nami, prosi i się łasi. Można
dać  np. gaz i zabrać,  a potem oddać, ale już na nowych
warunkach.  Uzależnić, osłabić i „kupić”
za bezcen, a potem wykorzystywać.

No i straszyć.  Dawać
przykłady, co to może się zdarzyć ze zbyt samodzielnymi myślowo…

**********

No dobrze, to może o czymś weselszym.

Spytałam niedawno kilka osób (siebie tez), o pierwsze
skojarzenia ze słowem – wartością:  PATRIOTYZM.

Odpowiedzi były różne, ale wszystkie w jednym duchu,
traktowania patriotyzmu poważnie i na serio.

W ich głosach powtarzały się pojęcia:  zakorzenienie, naród, kraj, moja ojczyzna,
mała ojczyzna, ojcowizna, ziemia, ziemia jeszcze mojego pradziadka, polskość,
kultura w której rosłem, piękno języka polskiego, groby, wspólna pamięć,
służba  dla innych, dla kraju , gdy jestem
dumna lub wstydzę się za wydarzenia dotyczące mojego kraju, za wydarzenia z
przeszłości i dzisiejsze,  tradycja,
obyczaje…

Pewnie można by jeszcze wiele…

Wiem, że są tez i zupełnie inne skojarzenia  ludzi,  
(nie znam takich osobiście, ale wypowiedzi ich czytałam, oglądałam),
którym patriotyzm kojarzy się, z nacjonalizmem, nienawiścią, szowinizmem,
egoizmem narodowym, faszyzmem, ksenofobią, megalomanią, zaściankowością,
oblężoną twierdzą, a nawet tylko ze stadionem (bo tam flagi…)

Dam jeszcze kilka cytatów postaw jednych  i drugich. Można wybierać, co komu pasuje,
proszę bardzo:

„Patriotyzm jest jak rasizm. (…) nie ma żadnego uzasadnienia
moralnego – jest  zbędnym reliktem
przeszłości, pozostałością po czasach, gdy hordy plemienne wiodły wojny o
terytorium, żywność i kobiety. To właśnie po małpach odziedziczyliśmy te cechy,
które owocują tak dziś gloryfikowanym przez prawicę egoizmem plemiennym czy
narodowym. Ta prawicowa fascynacja skłonnością do przemocy – elementem
niewątpliwie zwierzęcym w człowieku – zawsze wprawiała mnie w zdumienie”. /
Tomasz Żuradzki, Gazeta Wyborcza

„Patrioci zawsze mówią o umieraniu za kraj, a nigdy o
zabijaniu za kraj”   - Bertrand Russell

„Słowo „patriotyzm” kojarzy się z agresją lub ze
śmiertelną  nudą. (… ) „hard” patriotyzm
jak powietrza potrzebuje poczucia zniewolenia (przez obce nacje, ewentualnie
przez wrogi klub parlamentarny lub piłkarski), a także walki, niepomny na to,
ze nasze tradycje w tym względzie nie są najlepsze (więcej przegrywaliśmy niż
wygrywaliśmy).  Wersja „soft” patriotyzmu
nie zawiera agresji, jest za to banalna, ckliwa i nudna jak flaki z olejem”.
/Magdalena Środa

„Nie pytajmy, co może zrobić dla nas ojczyzna. Pytajmy, co
my możemy dla niej uczynić.”  / John
Fitzgerald Kennedy

„Patriotyzm nie ma nic wspólnego z konserwatyzmem. Co więcej
jest on przeciwieństwem konserwatyzmu, ponieważ oznacza wierność czemuś, co
podlega nieustannym przemianom, a mimo to w jakiś mistyczny sposób pozostaje
takie samo. Patriotyzm jest pomostem łączącym przeszłość i przyszłość. Żaden
prawdziwy rewolucjonista nie był internacjonalistą”.   / George Orwell

„Patriotyzm jest wtedy, gdy na pierwszym miejscu jest miłość
do własnego narodu; nacjonalizm wtedy, gdy na pierwszym miejscu jest nienawiść
do innych narodów niż własny.”   /
Charles De Gaulle

„Sądzę, że szowinizm, megalomania narodowa, ksenofobia,
czyli nienawiść do wszystkiego co obce, egoizm narodowy – nie dadzą się
pogodzić z nakazem chrześcijańskim miłości bliźniego. Patriotyzm natomiast -
daje się pogodzić. Tak jak szczególna miłość w rodzinie nie musi i nie powinna
być przeszkodą dla miłości bliźniego – tak i szczególna miłość dla członków tej
samej wspólnoty narodowej winna być podporządkowana tej samej nadrzędnej normie
moralnej. Patriotyzm jest z miłości – i do miłości ma prowadzić; wszelka inna
jego forma jest deformacją etyczną.”  /
Jan Józef Lipski

„Naród, któremu odbierano jego polityczną niepodległość w
sposób czasem brutalny, gwałtowny, pozostał sobą przez swoją kulturę. I to
dziedzictwo każdy z nas, a ja w sposób szczególny, nosimy w sobie. To nam przekazują
nasze matki  i nasi ojcowie, to nam
przekazuje nasza szkoła. To dziedzictwo jest chrześcijańskie, jest więc
równocześnie zakorzenione w Kościele, w tysiącleciu chrześcijaństwa polskiego”.   /Jan Paweł II

******

Ja natomiast myślę tak:  zgoda co do tego, ze nie można, nie należy
tylko na klęskach budować etosu patriotyzmu, ale powinno się pamiętać również o
tych wszystkich, którzy walczyli i wywalczyli nam wolność i niezależność.  Jak by nie było, odnieśli pewien sukces. I warto
pokazywać, z przeróżnych punktów widzenia, 
wartość ich ofiary. Wbrew pozorom, ich śmierć ma w dłuższej perspektywie
ogromny sens.

Bierzmowanie
to coś w rodzaju pasowania ochrzczonego na świadomego chrześcijanina, który dochodzi
do wniosku i stwierdza, że pragnie zaakceptować chrzest – wybór swoich rodziców,
kontynuować zapoczątkowaną przez nich drogę z Chrystusem i prosić wspólnotę
Kościoła Katolickiego o przyjęcie go do ich grona, obietnicę  pomocy i
wsparcia w tym pięknym ale trudnym i odpowiedzialnym wyborze.



Chrzest pozwalał ochrzczonemu rosnąć i dojrzewać w miłości zacisza
domowego, bierzmowanie to już wyjście poza dom, w świat, by mnożyć i dzielić
świadomie tę rodzicielską miłość, by świadczyć swoim życiem o tym co Chrystus nauczał
i że zmartwychwstał. I by mimo trudności, wierzyć w moc i pomoc Ducha św.,
szukać prawdy i i głosić ją, uczyć się bronić Chrystusa i Ewangelii, będąc wyposażonym
cały czas w dary Ducha św. i w Jego towarzystwo.



Chrystus powiedział
krótko: bądźcie prości jak gołębice i przebiegli jak węże.
Sakrament
bierzmowania
  doskonali to – w bliskości
z Panem jesteśmy prości i wyraziści a
 walka
ze złem każe być naogół
przebiegłym jak wąż.



Dziś,
sądzę, niezbyt
dojrzali ludzie przyjmują ten sakrament. Sa za młodzi.



Często to
rodzice pilnują, żeby nie przegapić terminu, katecheci czuwają, proboszcz… Jest
to też presja środowiska, także rówieśniczego jak tez wymóg kościelny, ze trzeba być
bierzmowanym, by zostać ojcem/matką chrzestną, czy starać się o ślub w
Kościele.



A przecież o
tym, czy chce czy nie chce uczęszczać na lekcje religii decyduje sam „delikwent”,
gdy ukończy 18 lat, dlaczego więc bierzmowanie – sakrament dojrzałości, dotyczy
dzieci młodszych, końca gimnazjum lub początku liceum?



Gdyby
Kościół bierzmował 18 – latków albo i starszych jeszcze, nie byłyby potrzebne
żadne dzienniczki kandydata, w których tenże kandydat musi zbierać podpisy
proboszcza pod każda obecnością na mszy niedzielnej czy innych nabożeństwach,
jak
też zgromadzeniach
para-liturgicznych (nabożeństwa majowe, czerwcowe, różańcowe, Droga Krzyżowa,
Godzinki, Gorzkie Żale, litanie itp…)



Czy w taki
sposób można nauczyć młodzież odpowiedzialności i świadomego podjęcia trudu świadczenia
każdego dnia ( i nocy) o Chrystusie?



Jedno z
moich dzieci, gdy zapisało się
na kurs
przygotowawczy do bierzmowania, przyniosło do domu dokument, nazwany bodaj
dzienniczkiem kandydata do sakramentu bierzmowania, w którym rodzice mieli
podpisać gotowy tekst o tym, jak to przyprowadzają dziecko do Kościoła i proszą
o sakrament bierzmowania dla niego. 



Nie podpisaliśmy,
tłumacząc dokładnie dziecku dlaczego.



Pamiętam
doskonale moje bierzmowanie, a
 było to
bardzo dawno, bo chyba w roku 1954 lub 55. Miałam wtedy nie więcej niż 9 lat.
Bierzmowanie było w tamtych latach udzielane na ogół bez żadnych wczesniejszych zapowiedzi,
dość nagle i dla nas przypadkowo, wówczas najczęściej, gdy przez miejscowość,
  np. naszą wieś, przejeżdżał „nieoczekiwanie”
biskup.
  Gdyby wieść o tym rozeszła się
wcześniej, biskup mógłby „po prostu”, z przyczyn od siebie niezależnych,
a z udziałem osób drugich lub trzecich,  „zwyczajnie” nie dojechać. 

Jak to dobrze, ze Duch Święty fruwa sobie gdzie chce i kiedy chce…



Wtedy właśnie,
w tym dniu, gdy biskup przejeżdżał przez naszą okolicę, zaczęto w ostatnim
momencie, wyłapywać wszystkich, co to już po I Komunii a jeszcze nie
bierzmowani. Robili to głównie nasi nauczyciele, pytając kto jeszcze nie był u
bierzmowania. Jedyne co kazali robić wyłapanym, to szybko wybrać jakieś imię, napisać je
na karteczce i dać ją bezpośrednio przed bierzmowaniem biskupowi.



Mnie bardzo
podobało się imię Kinga, takie więc napisałam na jakimś nieudolnie wydartym z
zeszytu papierku.
Trudno go było
wyrównać, nożyczki były towarem reglamentowanym… W domu mielismy jedną parę, schowaną w szafie i pilnie strzeżoną.



Ustawiono
nas w długich dwóch szeregach, na czymś w rodzaju boiska szkolnego, czyli 
nieogrodzonego i pełnego dziur klepiska. 



Biskup przelatywał
jak wicher (a może jak Duch Święty?) wzdłuż tych rzędów, podawaliśmy mu kartki z imionami, on coś mamrotał
po zagranicznemu, uderzał
 każdego w
policzek i leciał dalej, do następnego, a było nas niemało, bo
 kilkadziesiąt osób, w przeróżnym wieku.



Czułam się cały
czas głupio, bo miałam dziurawe skarpetki, chciałam nawet lecieć do domu, by je
zmienić, ale nie było to blisko, nie zdążyłabym więc na pewno wrócić na czas.



Podałam
biskupowi karteczkę z imieniem, a on, ku mojemu przerażeniu, powiedział nie Kinga
a Kunegundis. Nogi w dziurawych skarpetkach się pode mną załamały, chciałam powiedzieć
mu, że się pomylił, ale już go koło mnie nie było. 



Byłam potem przez
wiele lat przekonana, ze przez tę pomyłkę nie mam bierzmowania, albo jeszcze
gorzej, że opiekuje się mną nie Kinga a jakaś Kunegunda, której imienia szczerze
nie znosiłam. O obu imionach, zresztą, nic nie wiedziałam, a o tę
  Kunegundę nie miałam kogo spytać. Całkiem niedawno natknęłam
się w internecie na informację, że Kinga to zdrobniała forma Kunegundy.
 Poczytałam tez sobie sporo o mojej świeżo odkrytej świętej i
już wszystko wiem, nawet to, że jestem prawidłowo „wybierzmowana” i że dary Ducha
Świętego nie „zmarnowały się”, ale trafiły, gdzie należało. Co się z nimi potem działo, z moim osobistym udziałem lub bez takiego udziału, to już zupełnie inna sprawa. 



Niech żyje więc Internet. Niech żyje!



Po „uroczystościach”
naszego bierzmowania, nauczyciele zwolnili nas z dalszych lekcji.
Dowiedzieliśmy się w międzyczasie, że biskup pojawił się u nas w drodze do
pobliskiego Seminarium Duchownego i ze będzie tam odprawiał mszę. Polecieliśmy
więc wszyscy do kościoła. Był tam. I była msza. I wszyscy nasi nauczyciele,
pochowani w bocznych nawach i za grubymi filarami.



Do tej pory
nie wiem, co to był za biskup, kiedy to dokładnie było, nie mam tez żadnego zaświadczenia
i wątpię, czy gdziekolwiek to jest zapisane. Ale jestem bierzmowana, a robotę
późniejszą, z przygotowaniem mnie do trwania w wierze
,
wykonał z pewnością i to na szóstkę – Duch Święty.
Do dziś jestem katoliczką i to nie przez pomyłkę i przypadek…



Duchu
Święty, dzięki Ci za to.



Może więc nie trzeba martwić się na zapas za
dzisiejszych kandydatów do bierzmowania? Może należy bardziej skupić się na Duchu
Świętym i Jego darach? Nawiązać z Nim bliższy kontakt i uwierzyć, że jest i działa?



Napisałam
kiedyś taki oto wiersz o bierzmowaniu. Już go umieszczałam ongiś na blogu (15.03.05),
ale powtórzę jeszcze raz, pasuje mi tu:


UMOWA – ZLECENIE


 Cokolwiek posiadam


 Zdolności które
rozwijam


 Stanowisko które
osiągnęłam


 Wykształcenie


 To wszystko zostało
mi dane


 Do zarządzania


 Niełatwe to
zadanie


 Być zarządcą
samego siebie


 Lubimy rządzić
innymi


 


 Cokolwiek posiadam


 Nie jest to moja
własność


 Zostało mi
podarowane przez Boga


 By rozdawać innym


 


 W dniu
Bierzmowania


 Ja zleceniobiorca


 Podpisałam z
Bogiem-Zleceniodawcą


 Umowę-zlecenie


 Na czas
nieokreślony


 Na stanowisku
człowiek


 W systemie ciągłym


 Pełna gotowość i
dyspozycyjność


 


 Zgodziłam się


 Na wszystkie
warunki tej umowy


 Spisane w Nowym
Testamencie


 


 Każdego wieczoru
rozliczam się


 Z całego dnia


 Wszystko oddam w
terminie


 Jeszcze mi nie
znanym


 


 Czasami nie
wytrzymuję


 Nie daję rady


 Buntuję się


 Idę na wagary


 Nie wykonuję
zleceń


 Lub wykonuję je źle


 Chcę rozwiązać
umowę


 Wypowiadam warunki


 Sama ustalam nowe


 Wygodniejsze


 


 Nie boję się
jednak


 Ze zostanę
bezrobotna


 Wiem że to
zlecenie


 Jest aktualne do
końca życia


 Bylebym wracała z
wagarów


 


 Zleceniodawca
wciąż czeka na mnie


 Z Miłością.


 

 

 

„Modlę się, aby wszyscy ludzie wielorakich talentów na ziemi polskiej znajdowali warunki do twórczej pracy. Aby mogli nas obdarzać prawdziwym pięknem.

Piękno – praca – zmartwychwstanie: ta Norwidowska triada pozostaje zawsze w mocy. Mówiliśmy o tym przed czterema laty w kościele Świętego Krzyża. Dziś do tego powracam. Dziś bowiem – może inaczej niż wówczas, ale bardziej jeszcze – czujemy potrzebę zmartwychwstania, czujemy imperatyw zmartwychwstania!

 Zmartwychwstanie jest zasadą życia chrześcijańskiego, życia sakramentalnego: Chrystusowe zmartwychwstanie zaszczepione w nas. Natomiast to samo zmartwychwstanie przez Norwida zostało przetłumaczone na wymóg życia narodowego, powiedziałbym nawet społeczno-ekonomicznego: jak być narodem zmartwychwstałym, to znaczy narodem, który żyje pełnią życia. Ja tak kluczę, a już chcę powiedzieć właściwie ostatnie słowo, powiedzieć mianowicie, że tego, właśnie tego zmartwychwstania, przetłumaczonego przez Norwida na wymóg życia narodowego, życzę Tobie, Polsko, Ojczyzno moja!”

(Jan Paweł II do ludzi świata kultury, Warszawa – 1991)

 

 

Wraz z wejściem Polski do Unii Europejskiej
zaczęły od razu płynąć do Polski pieniądze unijne.. Także dla rolników i osób
rolnikopodobnych. Były to tzw. dopłaty obszarowe czy tez dopłaty bezpośrednie
(gwarantowane prawem a nie decyzją urzędniczą, czytaj: łaską), zwane subsydiami
rolnymi czy też subwencjami.

Nie były to dopłaty do rolnika i jego
działalności czyli  produkcji rolnej, ale
do ziemi, odpowiednio uprawianej, pastwiska czy też  łąki raz do roku koszonej…Do powierzchni upraw. Nie trzeba było
nawet wykazywać się posiadaniem gospodarstwa, ani zwierząt pasionych na tych łąkach.
Gdy wprowadzono wreszcie wymóg, że mając łąki czy pastwiska należy mieć zwierzęta,
okazało się, że wystarczy mieć na kilku hektarach jedną tylko kozę. Powstało
wówczas takie określenie: eurokoza.

Skorzystali na takich dopłatach przeróżni
posiadacze ziemscy, także tacy, którzy dla tych pieniędzy kupili sporo ziemi na
kredyt. Szybko go spłacili kwotami uzyskanymi z tychże dotacji, w przeciągu np. dwóch
lat, i w dalszych latach spokojnie i na czysto brali już niemałe sumy.
Nie tylko w Polsce tacy się zaktywizowali ale we wszystkich krajach unijnych. Specjaliści
unijni  sprawdzili około 345 tysięcy
zakwalifikowanych pozytywnie wniosków o dotacje 
i stwierdzili, ze 48,5 mld euro to były pieniądze wyłudzone. Najwięcej
takich przypadków było na Cyprze i w Portugalii, niemało też w Niemczech.
Polska okazała się „dość” uczciwa – odrzucono tylko 11 procent wniosków. 

Pewnie było za mało kontroli –  nawalił system nadzoru. Kontrolami jest bowiem
objęte tylko 5 proc. losowo wybranych rolniczych upraw. W Polsce dopłaty rolne
bezpośrednie otrzymuje 1, 4 mln ludzi, z czego tylko 800 tysięcy jest
producentami rolnymi sprzedającymi swoje plony na rynku. A reszta? Albo nie są
rolnikami, albo produkują tylko na własne potrzeby… Jest też sporo
przedsiębiorców, dla których  dopłaty te są
wspaniałymi lokatami bankowymi. Uważa się żartobliwie(?), że powstał nowy gatunek
rolnika, tzw. „homo dotatus”. 

Nie sieje, nie orze, ale zbiera -  co to
takiego? Nowy gatunek chłopa, wyhodowany dzięki pieniądzom z Brukseli. Co
zbiera? Ano dopłaty! 

Po staremu mówi się też o „rolnikach” z
Marszałkowskiej i „chłopach”z Wiejskiej. Rolnicy tacy mają w swych rękach ponoć około miliona hektarów ziemi rolnej. Spotkałam również takie okreslenie: figuranci, czyli tacy, jak mi ktoś wytłumaczył, co to biorą dopłaty, nie prowadząc żadnej produkcji.

My także braliśmy przez kilka lat dopłaty rolne,
bo mamy kilka hektarów, uprawianych zresztą do dziś przez sąsiadów, którzy jednak nie chcieli
zawrzeć z nami umowy na piśmie. Mieliśmy jednak, z upływem czasu, coraz więcej wątpliwości,
czy te dopłaty to dla nas, czy nam się należą. 

Nie jesteśmy bowiem rolnikami, nie mamy
gospodarstwa rolnego, jesteśmy natomiast emerytami zusowskimi. Co roku usilnie szukaliśmy
kogoś, kto skosiłby nam łąkę i nie było to takie łatwe. Jeśli już skosił, to
trawy na ogół nie chciał już zbierać  i
ona gniła w najlepsze. Prawo unijne wymagało ponadto na polach dobrej kultury
rolnej – my, nie będąc rolnikami, nie mieliśmy możliwości tego u naszych
dzierżawców nijak zweryfikować…

Prawo niby nie zabraniało takim jak my pobierać
te pieniądze unijne, ale czy tylko i jedynie prawo ziemskie czyli tzw.
stanowione, decyduje o moich wyborach?

A prawo moralne? Prawo naturalne?

Jeśli prawo ludzkie jest wadliwe, niejasne,
czy bez żadnego problemu i wyrzutów sumienia mogę sobie wykorzystywać luki
prawne? Nie wiem czy to dobry przykład, ale wedle prawa stanowionego
prostytucja nie jest przestępstwem…

Te dopłaty winny być, według mnie,  dla rolników aktywnych, o czym się zresztą ostatnio
wspomina i bodaj za jakiś czas takie przepisy i wymogi wejdą w życie.

Rolnik aktywny to rolnik wykonujący choćby minimalną działalność rolniczą, określoną przez państwo członkowskie. Działalnośc zaś rolnicza to uzyskiwanie produktów w stanie nieprzetworzonym czyli naturalnym. Mogą to być produkty z upraw, hodowli, chowu…

Niedawno jeden z rolników martwił się na
moim podwórku, za co kupi ropę i nawozy, bo dopłaty spóźniają się.

I tu przypominają się rady Yunusa z
poprzedniej mojej notki:

”Liczenie na pomoc rządu skazuje cię na
uzależnienie i czekanie na dotacje. Nie możesz się rozwijać”

„Jeżeli rząd będzie dotował powstawanie
nowych spółdzielni, będą one tworzyć się tylko dlatego, że pojawiło się takie
źródło pieniędzy. To pole do nadużyć i oszustw..
Poza
tym w ten sposób kształtuje się model działania oparty na nieustannym wsparciu
państwa. Nie uczy on samodzielności. Kiedy finansowanie się skończy, wiele
spółdzielni upadnie. Lepiej robić coś, co nie wymaga pomocy z żadnej strony.
Nie bądźcie zależni od nikogo.”

Czasem się zastanawiam, jak będą
funkcjonować rolnicy bez dotacji unijno-państwowych, bo one naprawdę pomagają
niektórym bardzo rozszerzać działalność i rozwijać aktywność.

Z dopłat zrezygnowaliśmy, zwłaszcza, ze
bobry zrobiły nam jeziorko na łące a specjaliści z agencji rolnej stwierdzili,
że bobry nie są chronione w unii, w przeciwieństwie do Polski i że nie wolno
nam, pod groźbą kary, nic zmieniać w zeznaniach przez 5 lat. Musieliśmy więc
kłamać w imieniu bobrów na rzecz pieniędzy unijnych w zgodzie  z prawem stanowionym.  

Tutejsi sąsiedzi nasi, gdy dowiedzieli się o tej
naszej rezygnacji z dopłat zdumieli się niebotycznie i stwierdzili, ze postępujemy
głupio i beznadziejnie, że jak dają to brać i że tak naprawdę, to przecież nikt
nie traci na tym, że te dotacje bierzemy, no i że  przecież te pieniądze można było na coś
sensownego przeznaczyć, np. na jakiś remont.

No właśnie. A kto głupio postępuje?
Głupiec. Naiwniak. Nie umiejący korzystać z życia, ustawiać się tak jak trzeba.
Ot, życia nie znający.

Niedawno ktoś tłumaczył mi, że nie wie na
co idą jego podatki, a chciałby wiedzieć. Wobec tego popiera szarą strefę, bo w
ten sposób widzi dokładnie na co sąsiad, z którym handluje z ręki do ręki, wydaje
te jego pieniądze: a to dokupi krowę, a to jakąś maszynę. I w ten sposób widzi mój
rozmówca jak rozwija się polskie rolnictwo i cieszy go to. A Brukseli stąd nie widać.

Myślę, że jest w tym jakaś logika, ale w
naszym postępowaniu chyba też.

Są ludzie, którzy uważają, ze lepiej by
było dla wszystkich rolników unijnych, gdyby dopłat rolnych nie było w ogóle,
bo konkurencja byłaby wówczas wyrównana, współzawodnictwo klarowniejsze,
zależne głównie od pracy, pomysłowości, organizacji i klimatu. Pewnie jeszcze
od czegoś tam, ale z pewnością nie od pieniędzy unijno-państwowych, które, jak wydaje
się wszystkim , są darowane ot za nic. A przecież dobrze wiemy, że za nic nie
ma nic. I już to doskonale widać – choćby na przykładzie żądań Unii dotyczących
 zasilenia znaczącą sumą przez Polskę budżetu
kryzysowego, potrzebnego na spłatę długów bankowych Grecji.

Inni znów twierdzą, ze stanowczo lepiej
byłoby zmniejszyć dopłaty bezpośrednie, ale za to zwiększyć środki na
inwestycje i modernizacje gospodarstw rolnych. Wówczas jednak o dotacjach
decydować będzie państwo czyli urzędnik.
Ot co.

Przemysław Piętak: Tanie państwo

Motto: 

 „Dla
państwa najtańsza jest rodzina bez dzieci”
  


 - Donald Tusk na spotkaniu z PSL, 22.03.2012

 

Dla państwa najtańsza jest armia bez żołnierzy.  

Dla państwa najtańsza jest policja bez policjantów.  

Dla państwa najtańsza jest straż pożarna bez strażaków. 

Dla państwa najtańsze jest lotnictwo bez pilotów.

 

Samochód bez paliwa to oszczędności na paliwie.  

Drogi bez autostrad to oszczędności na budowie autostrad.

Rozbity samolot to oszczędności na eksploatacji samolotu. 

Rozbite społeczeństwo to oszczędności na eksploatacji
społeczeństwa. 

 

Im mniej dzieci, tym mniej trzeba wydawać na żłobki.   

Im mniej dzieci, tym mniej trzeba wydawać na przedszkola.

Im mniej dzieci, tym mniej trzeba wydawać na szkoły
podstawowe.  

Im mniej dzieci, tym mniej trzeba wydawać na gimnazja.  

Im mniej dzieci, tym mniej trzeba wydawać na licea.

Im mniej dzieci, tym mniej trzeba wydawać na uczelnie
wyższe. 

Im mniej dzieci, tym mniej trzeba wydawać na przyszłych
bezrobotnych. 

Im mniej dzieci, tym mniej trzeba wydawać na przyszłych
pracujących. 

Im mniej dzieci, tym mniej trzeba wydawać na przyszłych
użytkowników autostrad. 

Im mniej dzieci, tym mniej trzeba wydawać na przyszłych
chorych. 

Im mniej dzieci, tym mniej trzeba wydawać na przyszłych
emerytów. 

Im mniej dzieci, tym mniej trzeba wydawać na przyszłe
zasiłki pogrzebowe. 

 

Dla państwa najtańszy byłby rząd bez Tuska.

 

Przemysław Piętak

 

Tekst ukazał się na:
salon24.pl

 

Oto artykuł, który pozytywnie mnie poruszył.

Jest jakby wstępem mojego nastepnego, który juz obmyślam i przygotowuję – o unijnych dopłatach rolnych. 

 

NIC NIE JEST NIEMOŻLIWE      

Z Muhammadem Yunusem, laureatem pokojowej
nagrody Nobla ( za stworzenie koncepcji mikrokredytów) rozmawiają Aleksandra
Muzińska i Krzysztof Cibor, redaktorzy portalu ekonomiaspoleczna.pl

Pan Yunus
zaproszony był także na inaugurację Międzynarodowego Roku Spółdzielczości, bo
trzeba wiedzieć, ze ONZ ogłosił rok 2012 świętem ruchu spółdzielczego.  Spółdzielnie będąc bowiem przedsiębiorstwami
społecznymi,  bardzo dobrze znoszą
wszelkie tąpnięcia czy kryzysy na rynkach finansowych. Polski rząd  podpisał rezolucję ale na  razie nie świętuje, wręcz przeciwnie: od
dłuższego czasu majstruje przy prawie spółdzielczym, zamierza przekształcić
spółdzielnie w spółki kapitałowe, co może spowodować (i pewnie spowoduje)
likwidację całych branż spółdzielczych, takich jak spółdzielnie inwalidów i
niewidomych, spółdzielnie socjalne czy spółdzielnie rękodzieła artystycznego
„Cepelia”. Dotyczyć to też będzie SKOKów – Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo
Kredytowych, które świetnie sobie radzą w łatwych i trudnych czasach, obracając
tylko kapitałem polskim. Na  ich niemałe zyski
rząd nasz ma wielką ochotę.

Celem tegoż
świętowania na całym świecie ma być podkreślenie roli spółdzielczości w rozwoju
społeczno-ekonomicznym, jak też w pomniejszaniu ubóstwa, bezrobocia i budowie
integracji społecznej.

W spółdzielczą lub kooperatywną  (to też rodzaj spółdzielczości) formę
aktywności ludzkiej zaangażowanych jest na świecie około  miliarda osób.

Hasło tych obchodów to: „Spółdzielnie budują lepszy świat”

 

***************************

A oto już sam wywiad:

Młodzi ludzie w Krakowie pytali mnie „jak wprowadzać
zmiany?”

Odpowiadam – samemu, nie liczcie na nikogo.

Najpierw poprze was pięć osób na Facebooku, potem 200,
a w końcu 2 miliony.

Jak pana
idee, realizowane w Bangladeszu, mogą być przekładane na doświadczenie innych
krajów?

Muhammad Yunus:  Przekładalność idei nie jest żadnym problemem,
bo ludzkie problemy są wszędzie takie same. Ideą biznesu społecznego jest
stworzenie kreatywnego rozwiązania tych problemów przy wykorzystaniu narzędzi
biznesowych.

Załóżmy, że istnieje jakaś
lista najpoważniejszych problemów w Polsce. Przejrzyjmy ją i znajdźmy jakiś
typowy problem, z którym boryka się np. Warszawa. Zacznijmy się nad nim
zastanawiać. Czy możemy stworzyć biznes, który rozwiązałby dany problem?
Najczęściej tak!

To prawda,
ale jednak istnieją znaczne ekonomiczno-społeczne różnice pomiędzy Azją czy Europą.

 Społeczny biznes to
tylko idea, pewna uniwersalna definicja. Oczywiste jest to, że trzeba ją potem
realizować w lokalnym porządku prawnym. Nie ma co oglądać się na Bangladesz,
każdy musi skupić się na rozwiązaniu własnego problemu. Ale wszędzie rozwiązanie
musi przybrać formę biznesu. I jeszcze jedna rzecz – nie liczcie na żadne
wsparcie ze strony państwa.

W Polsce, o
czym przekonał się pan podczas spotkania w Pałacu Prezydenckim, dużo rozmawiamy
o…

 …o
wsparciu ze strony państwa.

…i o
prawnych rozwiązaniach i ułatwieniach dla przedsiębiorstw społecznych. Ludziom
z grup wykluczonych, którzy chcą uruchomić własne przedsiębiorstwa i wydostać
się z biedy, często brakuje kompetencji, wiedzy, pieniędzy. Rząd mógłby im
pomóc przezwyciężyć to.

Cóż… jeżeli nie możesz czegoś zrobić bez pomocy rządu, to
nie bierz się za to wcale. Znajdź sobie coś innego. Liczenie na pomoc rządu
skazuje cię na uzależnienie i czekanie na dotacje. Nie możesz się rozwijać.

Ale
wyobraźmy sobie spółdzielnię zakładaną przez ludzi ubogich. Rząd mógłby ich
wspierać, chociażby przez ulgi podatkowe.

To złe myślenie. Jeżeli rząd będzie dotował powstawanie
nowych spółdzielni, będą one tworzyć się tylko dlatego, że pojawiło się takie
źródło pieniędzy. To pole do nadużyć i oszustw. Jakość pracy większości
spółdzielni będzie niska.

Poza tym w ten sposób kształtuje się model działania oparty
na nieustannym wsparciu państwa. Nie uczy on samodzielności. Kiedy finansowanie
się skończy, wiele spółdzielni upadnie. Lepiej robić coś, co nie wymaga pomocy
z żadnej strony. Nie bądźcie zależni od nikogo.

Na spotkaniu
w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego wspomniał pan, że ludzie mają tendencję
do postrzegania siebie jako pracowników, nigdy zaś jako pracodawców. Dlaczego?

To wynik systemu edukacji. Nauczyciele i rodzice powtarzają
młodym ludziom – pracujcie ciężko, aby mieć dobre oceny. Po co? Po to, by
dostać się do najlepszych szkół. Dyplom Oxfordu stwarza szansę na bardzo dobrą
pracę. Zawsze na końcu tego tradycyjnego systemu edukacyjnego jest jakaś wizja
lepszej pracy czy lepszego życia. Życie definiowane jest jako praca. Osobiście
się z tym nie zgadzam, życie nie jest ani pracą, ani niewolnictwem, jest raczej
tworzeniem.
Jeżeli jako pracownicy wykazujemy się kreatywnością,
to nasi pracodawcy na niej zarabiają, my otrzymujemy tylko stałą pensję. Czy
rzeczywiście po to żyjemy?

Czyli system należy zmienić w celu wzmocnienia postaw
przedsiębiorczych?
 

Po pierwsze, każdy
powinien sobie uświadomić, że jest niezależną jednostką. Po drugie, trzeba mieć
jakąś wizję siebie i odpowiedzieć sobie na pytanie po co się tu jest i jak
zamierza się żyć. To powinno być częścią nauczania w szkołach. Nauczyciele
powinni stymulować uczniów do myślenia o swojej przyszłości, do zadawania sobie
tych pytań. A kiedy uczeń powie, że chce być inżynierem czy lekarzem, to
zapytajmy dlaczego. Czy tylko po to, by mieć wygodne życie? A może chodzi
jeszcze o coś innego? Uczniowie
powinni też debatować między sobą, bo jeżeli wszyscy chcą mieć np. samochód, to
pożyteczniejszym i ekologicznym rozwiązaniem byłoby kupić jeden, ale tak aby
służył wszystkim. Oczywiście jest znacznie więcej ludzi, którzy chcieliby mieć
samochód, więc może trzeba pracować nad rozwojem transportu zbiorowego? Takie
pytania motywują do myślenia o tym, jak świat powinien być urządzony i o tym,
jaka powinna być nasza rola w nim.

Tego typu
zmiana w edukacji wydaje się wręcz niemożliwa.

Jest bardzo możliwa! Ludzie, którzy tworzą portale
informacyjne nie mogą mówić, że jest niemożliwa. Zmianę można zacząć chociażby
od utworzenia internetowej platformy edukacyjnej.

Czyli zmiana
oddolna zamiast systemowej?

Aby zmienić system, trzeba udać się do rządu, a on i tak tego
nie dokona. Trzeba zrobić to samemu. Młodzi ludzie w Krakowie mieli ten sam
problem. Pytali mnie „jak wprowadzać zmiany?”. Odpowiadam – samemu, nie liczcie
na nikogo. Najpierw poprze was 5 osób na Facebooku, potem 200, a w końcu 2
miliony.

Jeżeli system edukacyjny jest zły, zadajmy sobie pytanie,
czego chcielibyśmy się nauczyć, a potem szukajmy rozwiązań. I nie trzeba tego
robić na uniwersytetach, można robić to w sieci, wspólnie z innymi ludźmi. Nowe
technologie pozwalają na takie rozwiązania i zazwyczaj nic to nie kosztuje.

Nie ma pan
zbyt dużego zaufania do rządów.

To nie kwestia zaufania. Ja po prostu ich nie potrzebuję.
Poleganie na rządzie tworzy mentalność zależności. Oczekujemy, że rząd jak
tatuś będzie nas trzymał na swoich kolanach, a to do niczego nie prowadzi.
Jesteśmy dorosłymi ludźmi.

Ale w
Europie mamy rozbudowane systemy opieki społecznej.

 Świetnie, niech
istnieją. Sam nie szukałbym tam jednak pomocy.

W Polsce
mamy duże bogate miasta, ale są też mniejsze ośrodki i wieś, gdzie jest
utrudniony dostęp do usług społecznych, np. szkół.

 Wtedy stworzyłbym te
szkoły w ramach biznesu społecznego.

I ludzie
wzięliby odpowiedzialność za edukację dzieci w swoje ręce. Ale dlaczego mieliby
się z tym mierzyć?

 Nie traktujemy tego
jak jakiejś walki. Raczej jako coś przyjemnego i pożytecznego.

A co w
sytuacji, kiedy jest zbyt mało uczniów w danej wsi? Biznes z tego nie
powstanie, ale państwo mogłoby wziąć na siebie odpowiedzialność.

Mam na myśli coś zupełnie innego. Chodzi mi o edukację, a nie
o budowę szkół. Jeżeli szkoła musi mieć budynek, to jest to myślenie bardzo
tradycyjne. A przecież może to być kształcenie internetowe. Technologie
pozwalają nam na to. Wystarczy jeden laptop we wsi i kontakt przez skype z
nauczycielem. Szkoła w tradycyjnym ujęciu jest już przestarzała. Niestety rządy
będą trzymać się tej tradycji i będą uniemożliwiać nam realizację innowacyjnych
rozwiązań.

Skoro przy
tradycji jesteśmy. Dlaczego Grameen Bank kładzie tak duży nacisk na aktywizację
kobiet? W tradycyjnym bangladeskim społeczeństwie, gdzie mężczyźni mają
silniejsza pozycję niż kobiety, może to być wręcz niebezpieczne. Podważa się tradycyjne
role.

Rzeczywiście byliśmy atakowani za takie działanie. Ciągle
słyszałem, że taki podział ról jest po prostu elementem naszej religii –
islamu. Ale to nieprawda i bardzo łatwo to udowodnić. Przecież prorok Mahomet
pracował dla kobiety, która później została jego żoną. Ożenił się z
przedsiębiorczynią. Dlatego przekonuję ludzi, że jeżeli chcą być dobrymi
muzułmanami muszą szukać przedsiębiorczych kobiet. W ten sposób będą kroczyć
drogą proroka. A jeżeli ktoś nie może znaleźć sobie takiej żony, to zapraszam
do Grameen. Mamy tam bardzo dużo przedsiębiorczych kobiet.

Więc
dokonuje pan rewizji tradycyjnego myślenia o islamie.

Tak i często słyszę, że niszczę w ten sposób kulturę. Ale
wtedy pytam ludzi, czym właściwie jest kultura i co przez nią rozumieją? Bo w
moim przekonaniu kultura ma służyć nam, a nie my kulturze. Nie żyjemy dla
kultury, to ona ma sprawić, że będziemy żyć komfortowo. Kultura powinna rosnąć
razem z nami, a jeżeli tłumi nasz rozwój, to jest martwa. Miejsce takiej
kultury jest w muzeum. Dlatego sami nieustannie powinniśmy tworzyć coś na
kształt kontrkultury. Zresztą, gdybym podążał ślepo za moją kulturą, to pewnie
nie używałbym teraz telefonów komórkowych.

Kiedy
zrozumiał pan, że kobiety są najlepszym odbiorcą działalności Grameen Banku?

Kiedy walczyłem z bankierami, którzy nie chcieli dawać
pożyczek biednym ludziom, Zwracałem im uwagę, że kapitał trzeba dostarczać tym
ludziom, którzy go nie posiadają. A oni pożyczali pieniądze tylko tym, którzy
już je mieli, co było absurdalne. Okazało się też, że banki z zasady nie
pożyczają pieniędzy kobietom. Nawet tym bogatym!

I dlatego
zdecydował się pan skierować pieniądze do kobiet.

Widziałem statystyki udzielania pożyczek w komercyjnych
bankach w Bangladeszu. Kobiety nie stanowiły nawet 1 procenta pożyczkobiorców.
Dlatego uznałem, że w Grameen kobiety będą stanowić 50%, aby było bardziej
równościowo. To nie było łatwe, bo początkowo kobiety wcale tego nie chciały.
Wolały, aby to mężczyźni zarządzali pieniędzmi. Zajęło mi 6 lat, aby osiągnąć
zamierzone statystyki. Wtedy dopiero zauważyliśmy, że kobiety lepiej
wykorzystywały pożyczki. Korzyści społeczne były znacznie lepsze. Kobiety
zawsze brały pod uwagę dobro swoich dzieci, finansowały ich naukę, dbały o ich
przyszłość. Mężczyźni zazwyczaj konsumowali pożyczki, kobiety zaś zawsze
myślały, jak dzięki pożyczkom zrobić krok naprzód.

Czyli
kobiety wykazywały się znacznie większą odpowiedzialnością?

Tak, były też znacznie bardziej efektywne. Nie chcieliśmy już
tracić pieniędzy na mężczyzn, dlatego zdecydowaliśmy się skierować całość
środków do kobiet. I doszliśmy do tego dzięki twardym wynikom finansowym. Nie
stały za tym jakieś feministyczne przekonania.

Czy uważa
pan, że są jakieś problemy społeczne, których nie można rozwiązać za pomocą
biznesu społecznego?

Nic nie jest niemożliwe. Jeżeli nie znam rozwiązania dla
jakiegoś problemu społecznego, bierze się to tylko z mojej nieefektywności. Ale
nie musimy rozwiązywać wszystkich problemów. Wybierzmy chociaż jeden i
rozwiążmy go, a zostaniemy zapamiętani przez historię.

  

  


  • RSS