::księga gości::






2012
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
listopad
październik
wrzesień
czerwiec
maj
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
lipiec
czerwiec
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
luty
styczeń
2008
listopad
październik
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec

O integrację imigrantów w Rzeczypospolitej Polskiej

Siedzi w gnieździe bocianowa

Pod piórkami jajka chowa

A mąż bocian dba o żonę

Znosi jej żabki zielone

    Czekają na dzieci swoje  

    W tym roku będzie ich troje  

    Boćki liczą jajka wciąż  

    Najpierw żona, potem mąż  

I znów mąż a potem żona

Dumna i zadowolona

Troje dzieci to niemało

Jeszcze więcej by się chciało

    Aż raz w wieczorowej porze  

    Ciemno było już na dworze  

    Żona jajka swe nakryła  

    Jeszcze raz je policzyła  

Jeden, dwa, trzy, co to? cztery?

Ogarnął ją klekot szczery

Głośno  woła męża swego

Chodź szybko, mamy czwartego 

    Spytał żony – powtórz: ile?  

    I zadumał się przez chwilę  

    To już rodzina trzy plus  

    Niechaj będzie, mus to mus  

Gdy już jajka popękały

Czwarty okazał się mały

Szary, niski lecz szczęśliwy

Klekał tatuś: co za dziwy!

    Żabek nie lubi, je ziarna  

    Coś jego dola jest marna  

    I dziwna też jego mowa  

    Czy aby nam się uchowa?  

Siadywał ciągle na buku

I wołał tak dziwnie:  a kuku

Wszyscy go jednak kochali

Lecz wciąż o niego się bali

    Ziarenka mu przynosili  

    I byli dla niego mili  

    A on  wśród  ich dziobów stuku

    Wciąż wołał im kuku, kuku   

A mama mawiała do dzieci

Możemy przykładem świecić

Niech w gnieździe tu z nami żyje

Choć nie wiem dziecię to czyje

    To nasze maleństwo kochane  

    Nie będzie nigdy bocianem  

    Ale się u nas wychowa  

    I tu zabrakło jej  słowa…

 

*******

 Post scriptum:

   1)   Rada dla osób mieszkających na wsi: wyjdź z chałupy i posłuchaj

   2)   Rada dla osób mieszkających w mieście: kliknij w Google  pod hasło: kukułka

******* 

Napisane w mikrobusiku 17 maja 2012 roku na trasie Warszawa Suwałki. 


babcia-malgosia


2012-05-18 o 20:16:45
skomentuj (2)

O patriotyzmie na poważnie i poniekąd patetycznie

01.05.2012

O patriotyzmie można pisać, mówić dużo i różnorodnie, bo różnie się go rozumie,  w zależności  od wielu czynników: wychowania rodzinnego, szkoły, cech własnych osobowych, przeżyć, środowiska i epoki w której się żyje, własnych doświadczeń…

Z patriotyzmem nikt  się nie rodzi, człowiek go wybiera, akceptuje, rozwija, buduje, często z trudem…, albo nie wybiera, nie akceptuje i nie rozwija. To drugie wyjście bywa chyba łatwiejsze.

Cechy istotne każdego z nas wiążą się nierozerwalnie z  podstawowymi  danymi  naszego życia, składającymi  się na moje niepowtarzalne „ja”.   Są to: rodzice, przodkowie, rasa , religia, dziedzictwo, historia, kultura, tradycja, wspólnota, narodowość, także płeć. Z drugiej niejako strony moją tożsamość  określa też  czasoprzestrzeń w której przyszło mi pojawić się na tym świecie.  Osobiście wierzę w to, że nie przez przypadek to wszystko zostało mi podarowane, że Bóg ma tak wobec mnie ( jak wobec KAŻDEGO człowieka ) jakieś swoje plany. Moim zadaniem jest  poszukiwać  je i rozwijać.  Odrzucenie lub zmiana niektórych z tych cech  mojej tożsamości są jak najbardziej możliwe, ale dzieje się to jakoś kosztem mojego podstawowego „ja”.  Można więc powiedzieć sobie, ze Polskę ma się gdzieś , własnych rodziców także, można o język ojczysty nie dbać.  Michael Jackson nawet kolor własnej skóry zakwestionował .  Ja natomiast uważam, ze nie przez przypadek urodziłam się w XX wieku, i to  w Polsce – ksiądz  Bozowski mawiał, ze nie ma przypadków, są znaki.  Te więc np. znaki nie są dla mnie bez znaczenia. Nie przez przypadek  także po prawie 10 latach emigracji politycznej zdecydowaliśmy się z mężem wracać do kraju, do siebie.

Inny jest patriotyzm czasów pokoju, inny w czasie wojny, kiedy na rozmyślanie teoretyczne nie ma już szans, a trzeba decydować i działać,  i to często natychmiast.  Niemniej te same wartości w obu tych okresach są istotne, a przynajmniej winny być, choć różnie  bywają  akcentowane.  Niektóre  prawa , w czasie wojny, ogranicza się lub zawiesza  z konieczności na kołku, ale prawo miłości drugiego obowiązuje chrześcijanina  zawsze.

W czasie pokoju patriotyzmem może być rzetelna, uczciwa  praca na rzecz swojego kraju, rozwijanie samoświadomości społecznej, czy wychowywanie dzieci w duchu poszanowania państwa, narodu i każdego człowieka. W czasie zaś wojny w cenie są przede wszystkim takie cechy jak odwaga, ryzyko, ofiarność, gotowość do poświęceń…

A dlaczego ja tak o tej wojnie, czyżby nam groziła?

Dziś wojna nie musi oznaczać czołgów, piechoty najemnej (jeśli własna armia słabiutka), a nawet broni nuklearnej, choć  powinno się pamiętać kto ją ma ( osiem  państw zadeklarowało jej posiadanie, w tym: Korea płn., Chiny, Indie, Pakistan. Podejrzewa się o jej posiadanie Iran, Izrael, Libię) i wiedzieć, że np. na granicy Kaliningradu, koło Gołdapi, Rosjanie rozstawili swoją broń nuklearną: rakiety S-400 tzw. Iskander,  o zasięgu 380 do 500 km.  No to gdzie dosięgną, króliczku?  Do Ameryki ani Brukseli nie, za to do Gdańska, Warszawy czy Łodzi śpiewająco…

Dzisiejsza wojna to osłabianie w przeróżny sposób przeciwnika (gospodarczo, zbrojeniowo, intelektualnie, fizycznie, finansowo…), ogłupianie go choćby poprzez  programy TV czy obezwładniający myślowo profil nauczania szkolnego….

Nie są to nowe metody, ale technologia używana do ich realizacji jest coraz wspanialsza i wciąż się rozwija.  A człowiek, z własnej oczywiście winy,  uzależnia się od wygody  i to jego uzależnienie można wyśmienicie wykorzystać. Można bowiem  coś dać i potem zabrać jak psu kość. Piesek chodzi wtedy za nami, prosi i się łasi. Można dać  np. gaz i zabrać,  a potem oddać, ale już na nowych warunkach.  Uzależnić, osłabić i „kupić” za bezcen, a potem wykorzystywać.

No i straszyć.  Dawać przykłady, co to może się zdarzyć ze zbyt samodzielnymi myślowo…

**********

No dobrze, to może o czymś weselszym.

Spytałam niedawno kilka osób (siebie tez), o pierwsze skojarzenia ze słowem – wartością:  PATRIOTYZM.

Odpowiedzi były różne, ale wszystkie w jednym duchu, traktowania patriotyzmu poważnie i na serio.

W ich głosach powtarzały się pojęcia:  zakorzenienie, naród, kraj, moja ojczyzna, mała ojczyzna, ojcowizna, ziemia, ziemia jeszcze mojego pradziadka, polskość, kultura w której rosłem, piękno języka polskiego, groby, wspólna pamięć, służba  dla innych, dla kraju , gdy jestem dumna lub wstydzę się za wydarzenia dotyczące mojego kraju, za wydarzenia z przeszłości i dzisiejsze,  tradycja, obyczaje…

Pewnie można by jeszcze wiele…

Wiem, że są tez i zupełnie inne skojarzenia  ludzi,   (nie znam takich osobiście, ale wypowiedzi ich czytałam, oglądałam), którym patriotyzm kojarzy się, z nacjonalizmem, nienawiścią, szowinizmem, egoizmem narodowym, faszyzmem, ksenofobią, megalomanią, zaściankowością, oblężoną twierdzą, a nawet tylko ze stadionem (bo tam flagi…)

Dam jeszcze kilka cytatów postaw jednych  i drugich. Można wybierać, co komu pasuje, proszę bardzo:

„Patriotyzm jest jak rasizm. (…) nie ma żadnego uzasadnienia moralnego – jest  zbędnym reliktem przeszłości, pozostałością po czasach, gdy hordy plemienne wiodły wojny o terytorium, żywność i kobiety. To właśnie po małpach odziedziczyliśmy te cechy, które owocują tak dziś gloryfikowanym przez prawicę egoizmem plemiennym czy narodowym. Ta prawicowa fascynacja skłonnością do przemocy – elementem niewątpliwie zwierzęcym w człowieku – zawsze wprawiała mnie w zdumienie”. / Tomasz Żuradzki, Gazeta Wyborcza

„Patrioci zawsze mówią o umieraniu za kraj, a nigdy o zabijaniu za kraj”   - Bertrand Russell

„Słowo „patriotyzm” kojarzy się z agresją lub ze śmiertelną  nudą. (… ) „hard” patriotyzm jak powietrza potrzebuje poczucia zniewolenia (przez obce nacje, ewentualnie przez wrogi klub parlamentarny lub piłkarski), a także walki, niepomny na to, ze nasze tradycje w tym względzie nie są najlepsze (więcej przegrywaliśmy niż wygrywaliśmy).  Wersja „soft” patriotyzmu nie zawiera agresji, jest za to banalna, ckliwa i nudna jak flaki z olejem”. /Magdalena Środa

„Nie pytajmy, co może zrobić dla nas ojczyzna. Pytajmy, co my możemy dla niej uczynić.”  / John Fitzgerald Kennedy

„Patriotyzm nie ma nic wspólnego z konserwatyzmem. Co więcej jest on przeciwieństwem konserwatyzmu, ponieważ oznacza wierność czemuś, co podlega nieustannym przemianom, a mimo to w jakiś mistyczny sposób pozostaje takie samo. Patriotyzm jest pomostem łączącym przeszłość i przyszłość. Żaden prawdziwy rewolucjonista nie był internacjonalistą”.   / George Orwell

„Patriotyzm jest wtedy, gdy na pierwszym miejscu jest miłość do własnego narodu; nacjonalizm wtedy, gdy na pierwszym miejscu jest nienawiść do innych narodów niż własny.”   / Charles De Gaulle

„Sądzę, że szowinizm, megalomania narodowa, ksenofobia, czyli nienawiść do wszystkiego co obce, egoizm narodowy - nie dadzą się pogodzić z nakazem chrześcijańskim miłości bliźniego. Patriotyzm natomiast - daje się pogodzić. Tak jak szczególna miłość w rodzinie nie musi i nie powinna być przeszkodą dla miłości bliźniego - tak i szczególna miłość dla członków tej samej wspólnoty narodowej winna być podporządkowana tej samej nadrzędnej normie moralnej. Patriotyzm jest z miłości - i do miłości ma prowadzić; wszelka inna jego forma jest deformacją etyczną.”  / Jan Józef Lipski

„Naród, któremu odbierano jego polityczną niepodległość w sposób czasem brutalny, gwałtowny, pozostał sobą przez swoją kulturę. I to dziedzictwo każdy z nas, a ja w sposób szczególny, nosimy w sobie. To nam przekazują nasze matki  i nasi ojcowie, to nam przekazuje nasza szkoła. To dziedzictwo jest chrześcijańskie, jest więc równocześnie zakorzenione w Kościele, w tysiącleciu chrześcijaństwa polskiego”.   /Jan Paweł II

******

Ja natomiast myślę tak:  zgoda co do tego, ze nie można, nie należy tylko na klęskach budować etosu patriotyzmu, ale powinno się pamiętać również o tych wszystkich, którzy walczyli i wywalczyli nam wolność i niezależność.  Jak by nie było, odnieśli pewien sukces. I warto pokazywać, z przeróżnych punktów widzenia,  wartość ich ofiary. Wbrew pozorom, ich śmierć ma w dłuższej perspektywie ogromny sens.


babcia-malgosia


2012-05-01 o 13:53:07
skomentuj (13)

O Sakramencie Bierzmowania kilka myśli i wspomnień

Bierzmowanie to coś w rodzaju pasowania ochrzczonego na świadomego chrześcijanina, który dochodzi do wniosku i stwierdza, że pragnie zaakceptować chrzest - wybór swoich rodziców, kontynuować zapoczątkowaną przez nich drogę z Chrystusem i prosić wspólnotę Kościoła Katolickiego o przyjęcie go do ich grona, obietnicę  pomocy i wsparcia w tym pięknym ale trudnym i odpowiedzialnym wyborze.

Chrzest pozwalał ochrzczonemu rosnąć i dojrzewać w miłości zacisza domowego, bierzmowanie to już wyjście poza dom, w świat, by mnożyć i dzielić świadomie tę rodzicielską miłość, by świadczyć swoim życiem o tym co Chrystus nauczał i że zmartwychwstał. I by mimo trudności, wierzyć w moc i pomoc Ducha św., szukać prawdy i i głosić ją, uczyć się bronić Chrystusa i Ewangelii, będąc wyposażonym cały czas w dary Ducha św. i w Jego towarzystwo.

Chrystus powiedział krótko: bądźcie prości jak gołębice i przebiegli jak węże. Sakrament bierzmowania  doskonali to – w bliskości z Panem jesteśmy prości i wyraziści a  walka ze złem każe być naogół przebiegłym jak wąż.

Dziś, sądzę, niezbyt dojrzali ludzie przyjmują ten sakrament. Sa za młodzi.

Często to rodzice pilnują, żeby nie przegapić terminu, katecheci czuwają, proboszcz... Jest to też presja środowiska, także rówieśniczego jak tez wymóg kościelny, ze trzeba być bierzmowanym, by zostać ojcem/matką chrzestną, czy starać się o ślub w Kościele.

A przecież o tym, czy chce czy nie chce uczęszczać na lekcje religii decyduje sam „delikwent”, gdy ukończy 18 lat, dlaczego więc bierzmowanie – sakrament dojrzałości, dotyczy dzieci młodszych, końca gimnazjum lub początku liceum?

Gdyby Kościół bierzmował 18 - latków albo i starszych jeszcze, nie byłyby potrzebne żadne dzienniczki kandydata, w których tenże kandydat musi zbierać podpisy proboszcza pod każda obecnością na mszy niedzielnej czy innych nabożeństwach, jak też zgromadzeniach para-liturgicznych (nabożeństwa majowe, czerwcowe, różańcowe, Droga Krzyżowa, Godzinki, Gorzkie Żale, litanie itp…)

Czy w taki sposób można nauczyć młodzież odpowiedzialności i świadomego podjęcia trudu świadczenia każdego dnia ( i nocy) o Chrystusie?

Jedno z moich dzieci, gdy zapisało się na kurs przygotowawczy do bierzmowania, przyniosło do domu dokument, nazwany bodaj dzienniczkiem kandydata do sakramentu bierzmowania, w którym rodzice mieli podpisać gotowy tekst o tym, jak to przyprowadzają dziecko do Kościoła i proszą o sakrament bierzmowania dla niego. 

Nie podpisaliśmy, tłumacząc dokładnie dziecku dlaczego.

Pamiętam doskonale moje bierzmowanie, a  było to bardzo dawno, bo chyba w roku 1954 lub 55. Miałam wtedy nie więcej niż 9 lat. Bierzmowanie było w tamtych latach udzielane na ogół bez żadnych wczesniejszych zapowiedzi, dość nagle i dla nas przypadkowo, wówczas najczęściej, gdy przez miejscowość,  np. naszą wieś, przejeżdżał „nieoczekiwanie” biskup.  Gdyby wieść o tym rozeszła się wcześniej, biskup mógłby „po prostu”, z przyczyn od siebie niezależnych, a z udziałem osób drugich lub trzecich,  „zwyczajnie” nie dojechać. 

Jak to dobrze, ze Duch Święty fruwa sobie gdzie chce i kiedy chce...

Wtedy właśnie, w tym dniu, gdy biskup przejeżdżał przez naszą okolicę, zaczęto w ostatnim momencie, wyłapywać wszystkich, co to już po I Komunii a jeszcze nie bierzmowani. Robili to głównie nasi nauczyciele, pytając kto jeszcze nie był u bierzmowania. Jedyne co kazali robić wyłapanym, to szybko wybrać jakieś imię, napisać je na karteczce i dać ją bezpośrednio przed bierzmowaniem biskupowi.

Mnie bardzo podobało się imię Kinga, takie więc napisałam na jakimś nieudolnie wydartym z zeszytu papierku.Trudno go było wyrównać, nożyczki były towarem reglamentowanym… W domu mielismy jedną parę, schowaną w szafie i pilnie strzeżoną.

Ustawiono nas w długich dwóch szeregach, na czymś w rodzaju boiska szkolnego, czyli  nieogrodzonego i pełnego dziur klepiska. 

Biskup przelatywał jak wicher (a może jak Duch Święty?) wzdłuż tych rzędów, podawaliśmy mu kartki z imionami, on coś mamrotał po zagranicznemu, uderzał  każdego w policzek i leciał dalej, do następnego, a było nas niemało, bo  kilkadziesiąt osób, w przeróżnym wieku.

Czułam się cały czas głupio, bo miałam dziurawe skarpetki, chciałam nawet lecieć do domu, by je zmienić, ale nie było to blisko, nie zdążyłabym więc na pewno wrócić na czas.

Podałam biskupowi karteczkę z imieniem, a on, ku mojemu przerażeniu, powiedział nie Kinga a Kunegundis. Nogi w dziurawych skarpetkach się pode mną załamały, chciałam powiedzieć mu, że się pomylił, ale już go koło mnie nie było. 

Byłam potem przez wiele lat przekonana, ze przez tę pomyłkę nie mam bierzmowania, albo jeszcze gorzej, że opiekuje się mną nie Kinga a jakaś Kunegunda, której imienia szczerze nie znosiłam. O obu imionach, zresztą, nic nie wiedziałam, a o tę  Kunegundę nie miałam kogo spytać. Całkiem niedawno natknęłam się w internecie na informację, że Kinga to zdrobniała forma Kunegundy.  Poczytałam tez sobie sporo o mojej świeżo odkrytej świętej i już wszystko wiem, nawet to, że jestem prawidłowo "wybierzmowana" i że dary Ducha Świętego nie "zmarnowały się", ale trafiły, gdzie należało. Co się z nimi potem działo, z moim osobistym udziałem lub bez takiego udziału, to już zupełnie inna sprawa. 

Niech żyje więc Internet. Niech żyje!

Po „uroczystościach” naszego bierzmowania, nauczyciele zwolnili nas z dalszych lekcji. Dowiedzieliśmy się w międzyczasie, że biskup pojawił się u nas w drodze do pobliskiego Seminarium Duchownego i ze będzie tam odprawiał mszę. Polecieliśmy więc wszyscy do kościoła. Był tam. I była msza. I wszyscy nasi nauczyciele, pochowani w bocznych nawach i za grubymi filarami.

Do tej pory nie wiem, co to był za biskup, kiedy to dokładnie było, nie mam tez żadnego zaświadczenia i wątpię, czy gdziekolwiek to jest zapisane. Ale jestem bierzmowana, a robotę późniejszą, z przygotowaniem mnie do trwania w wierze, wykonał z pewnością i to na szóstkę – Duch Święty. Do dziś jestem katoliczką i to nie przez pomyłkę i przypadek…

Duchu Święty, dzięki Ci za to.

Może więc nie trzeba martwić się na zapas za dzisiejszych kandydatów do bierzmowania? Może należy bardziej skupić się na Duchu Świętym i Jego darach? Nawiązać z Nim bliższy kontakt i uwierzyć, że jest i działa?

Napisałam kiedyś taki oto wiersz o bierzmowaniu. Już go umieszczałam ongiś na blogu (15.03.05), ale powtórzę jeszcze raz, pasuje mi tu:


UMOWA - ZLECENIE

 Cokolwiek posiadam

 Zdolności które rozwijam

 Stanowisko które osiągnęłam

 Wykształcenie

 To wszystko zostało mi dane

 Do zarządzania

 Niełatwe to zadanie

 Być zarządcą samego siebie

 Lubimy rządzić innymi

 

 Cokolwiek posiadam

 Nie jest to moja własność

 Zostało mi podarowane przez Boga

 By rozdawać innym

 

 W dniu Bierzmowania

 Ja zleceniobiorca

 Podpisałam z Bogiem-Zleceniodawcą

 Umowę-zlecenie

 Na czas nieokreślony

 Na stanowisku człowiek

 W systemie ciągłym

 Pełna gotowość i dyspozycyjność

 

 Zgodziłam się

 Na wszystkie warunki tej umowy

 Spisane w Nowym Testamencie

 

 Każdego wieczoru rozliczam się

 Z całego dnia

 Wszystko oddam w terminie

 Jeszcze mi nie znanym

 

 Czasami nie wytrzymuję

 Nie daję rady

 Buntuję się

 Idę na wagary

 Nie wykonuję zleceń

 Lub wykonuję je źle

 Chcę rozwiązać umowę

 Wypowiadam warunki

 Sama ustalam nowe

 Wygodniejsze

 

 Nie boję się jednak

 Ze zostanę bezrobotna

 Wiem że to zlecenie

 Jest aktualne do końca życia

 Bylebym wracała z wagarów

 

 Zleceniodawca wciąż czeka na mnie

 Z Miłością.

 


babcia-malgosia


2012-04-17 o 13:16:57
skomentuj (0)

Krzysztof Krawczyk & Antoni Długosz - Europo nie możesz żyć bez Boga

 

 

"Modlę się, aby wszyscy ludzie wielorakich talentów na ziemi polskiej znajdowali warunki do twórczej pracy. Aby mogli nas obdarzać prawdziwym pięknem.

Piękno - praca - zmartwychwstanie: ta Norwidowska triada pozostaje zawsze w mocy. Mówiliśmy o tym przed czterema laty w kościele Świętego Krzyża. Dziś do tego powracam. Dziś bowiem - może inaczej niż wówczas, ale bardziej jeszcze - czujemy potrzebę zmartwychwstania, czujemy imperatyw zmartwychwstania!

 Zmartwychwstanie jest zasadą życia chrześcijańskiego, życia sakramentalnego: Chrystusowe zmartwychwstanie zaszczepione w nas. Natomiast to samo zmartwychwstanie przez Norwida zostało przetłumaczone na wymóg życia narodowego, powiedziałbym nawet społeczno-ekonomicznego: jak być narodem zmartwychwstałym, to znaczy narodem, który żyje pełnią życia. Ja tak kluczę, a już chcę powiedzieć właściwie ostatnie słowo, powiedzieć mianowicie, że tego, właśnie tego zmartwychwstania, przetłumaczonego przez Norwida na wymóg życia narodowego, życzę Tobie, Polsko, Ojczyzno moja!"

(Jan Paweł II do ludzi świata kultury, Warszawa - 1991)

 


babcia-malgosia


2012-04-08 o 11:37:40
skomentuj (0)

Wszak od myszy do cesarza wszyscy żyją z gospodarza

 

Wraz z wejściem Polski do Unii Europejskiej zaczęły od razu płynąć do Polski pieniądze unijne.. Także dla rolników i osób rolnikopodobnych. Były to tzw. dopłaty obszarowe czy tez dopłaty bezpośrednie (gwarantowane prawem a nie decyzją urzędniczą, czytaj: łaską), zwane subsydiami rolnymi czy też subwencjami.

Nie były to dopłaty do rolnika i jego działalności czyli  produkcji rolnej, ale do ziemi, odpowiednio uprawianej, pastwiska czy też  łąki raz do roku koszonej…Do powierzchni upraw. Nie trzeba było nawet wykazywać się posiadaniem gospodarstwa, ani zwierząt pasionych na tych łąkach. Gdy wprowadzono wreszcie wymóg, że mając łąki czy pastwiska należy mieć zwierzęta, okazało się, że wystarczy mieć na kilku hektarach jedną tylko kozę. Powstało wówczas takie określenie: eurokoza.

Skorzystali na takich dopłatach przeróżni posiadacze ziemscy, także tacy, którzy dla tych pieniędzy kupili sporo ziemi na kredyt. Szybko go spłacili kwotami uzyskanymi z tychże dotacji, w przeciągu np. dwóch lat, i w dalszych latach spokojnie i na czysto brali już niemałe sumy. Nie tylko w Polsce tacy się zaktywizowali ale we wszystkich krajach unijnych. Specjaliści unijni  sprawdzili około 345 tysięcy zakwalifikowanych pozytywnie wniosków o dotacje  i stwierdzili, ze 48,5 mld euro to były pieniądze wyłudzone. Najwięcej takich przypadków było na Cyprze i w Portugalii, niemało też w Niemczech. Polska okazała się „dość” uczciwa – odrzucono tylko 11 procent wniosków. 

Pewnie było za mało kontroli -  nawalił system nadzoru. Kontrolami jest bowiem objęte tylko 5 proc. losowo wybranych rolniczych upraw. W Polsce dopłaty rolne bezpośrednie otrzymuje 1, 4 mln ludzi, z czego tylko 800 tysięcy jest producentami rolnymi sprzedającymi swoje plony na rynku. A reszta? Albo nie są rolnikami, albo produkują tylko na własne potrzeby… Jest też sporo przedsiębiorców, dla których  dopłaty te są wspaniałymi lokatami bankowymi. Uważa się żartobliwie(?), że powstał nowy gatunek rolnika, tzw. „homo dotatus". 

Nie sieje, nie orze, ale zbiera -  co to takiego? Nowy gatunek chłopa, wyhodowany dzięki pieniądzom z Brukseli. Co zbiera? Ano dopłaty! 

Po staremu mówi się też o "rolnikach" z Marszałkowskiej i "chłopach"z Wiejskiej. Rolnicy tacy mają w swych rękach ponoć około miliona hektarów ziemi rolnej. Spotkałam również takie okreslenie: figuranci, czyli tacy, jak mi ktoś wytłumaczył, co to biorą dopłaty, nie prowadząc żadnej produkcji.

My także braliśmy przez kilka lat dopłaty rolne, bo mamy kilka hektarów, uprawianych zresztą do dziś przez sąsiadów, którzy jednak nie chcieli zawrzeć z nami umowy na piśmie. Mieliśmy jednak, z upływem czasu, coraz więcej wątpliwości, czy te dopłaty to dla nas, czy nam się należą. 

Nie jesteśmy bowiem rolnikami, nie mamy gospodarstwa rolnego, jesteśmy natomiast emerytami zusowskimi. Co roku usilnie szukaliśmy kogoś, kto skosiłby nam łąkę i nie było to takie łatwe. Jeśli już skosił, to trawy na ogół nie chciał już zbierać  i ona gniła w najlepsze. Prawo unijne wymagało ponadto na polach dobrej kultury rolnej – my, nie będąc rolnikami, nie mieliśmy możliwości tego u naszych dzierżawców nijak zweryfikować…

Prawo niby nie zabraniało takim jak my pobierać te pieniądze unijne, ale czy tylko i jedynie prawo ziemskie czyli tzw. stanowione, decyduje o moich wyborach?

A prawo moralne? Prawo naturalne?

Jeśli prawo ludzkie jest wadliwe, niejasne, czy bez żadnego problemu i wyrzutów sumienia mogę sobie wykorzystywać luki prawne? Nie wiem czy to dobry przykład, ale wedle prawa stanowionego prostytucja nie jest przestępstwem…

Te dopłaty winny być, według mnie,  dla rolników aktywnych, o czym się zresztą ostatnio wspomina i bodaj za jakiś czas takie przepisy i wymogi wejdą w życie.

Rolnik aktywny to rolnik wykonujący choćby minimalną działalność rolniczą, określoną przez państwo członkowskie. Działalnośc zaś rolnicza to uzyskiwanie produktów w stanie nieprzetworzonym czyli naturalnym. Mogą to być produkty z upraw, hodowli, chowu...

Niedawno jeden z rolników martwił się na moim podwórku, za co kupi ropę i nawozy, bo dopłaty spóźniają się.

I tu przypominają się rady Yunusa z poprzedniej mojej notki:

”Liczenie na pomoc rządu skazuje cię na uzależnienie i czekanie na dotacje. Nie możesz się rozwijać”

„Jeżeli rząd będzie dotował powstawanie nowych spółdzielni, będą one tworzyć się tylko dlatego, że pojawiło się takie źródło pieniędzy. To pole do nadużyć i oszustw.. Poza tym w ten sposób kształtuje się model działania oparty na nieustannym wsparciu państwa. Nie uczy on samodzielności. Kiedy finansowanie się skończy, wiele spółdzielni upadnie. Lepiej robić coś, co nie wymaga pomocy z żadnej strony. Nie bądźcie zależni od nikogo.”

Czasem się zastanawiam, jak będą funkcjonować rolnicy bez dotacji unijno-państwowych, bo one naprawdę pomagają niektórym bardzo rozszerzać działalność i rozwijać aktywność.

Z dopłat zrezygnowaliśmy, zwłaszcza, ze bobry zrobiły nam jeziorko na łące a specjaliści z agencji rolnej stwierdzili, że bobry nie są chronione w unii, w przeciwieństwie do Polski i że nie wolno nam, pod groźbą kary, nic zmieniać w zeznaniach przez 5 lat. Musieliśmy więc kłamać w imieniu bobrów na rzecz pieniędzy unijnych w zgodzie  z prawem stanowionym.  

Tutejsi sąsiedzi nasi, gdy dowiedzieli się o tej naszej rezygnacji z dopłat zdumieli się niebotycznie i stwierdzili, ze postępujemy głupio i beznadziejnie, że jak dają to brać i że tak naprawdę, to przecież nikt nie traci na tym, że te dotacje bierzemy, no i że  przecież te pieniądze można było na coś sensownego przeznaczyć, np. na jakiś remont.

No właśnie. A kto głupio postępuje? Głupiec. Naiwniak. Nie umiejący korzystać z życia, ustawiać się tak jak trzeba. Ot, życia nie znający.

Niedawno ktoś tłumaczył mi, że nie wie na co idą jego podatki, a chciałby wiedzieć. Wobec tego popiera szarą strefę, bo w ten sposób widzi dokładnie na co sąsiad, z którym handluje z ręki do ręki, wydaje te jego pieniądze: a to dokupi krowę, a to jakąś maszynę. I w ten sposób widzi mój rozmówca jak rozwija się polskie rolnictwo i cieszy go to. A Brukseli stąd nie widać.

Myślę, że jest w tym jakaś logika, ale w naszym postępowaniu chyba też.

Są ludzie, którzy uważają, ze lepiej by było dla wszystkich rolników unijnych, gdyby dopłat rolnych nie było w ogóle, bo konkurencja byłaby wówczas wyrównana, współzawodnictwo klarowniejsze, zależne głównie od pracy, pomysłowości, organizacji i klimatu. Pewnie jeszcze od czegoś tam, ale z pewnością nie od pieniędzy unijno-państwowych, które, jak wydaje się wszystkim , są darowane ot za nic. A przecież dobrze wiemy, że za nic nie ma nic. I już to doskonale widać – choćby na przykładzie żądań Unii dotyczących  zasilenia znaczącą sumą przez Polskę budżetu kryzysowego, potrzebnego na spłatę długów bankowych Grecji.

Inni znów twierdzą, ze stanowczo lepiej byłoby zmniejszyć dopłaty bezpośrednie, ale za to zwiększyć środki na inwestycje i modernizacje gospodarstw rolnych. Wówczas jednak o dotacjach decydować będzie państwo czyli urzędnik. Ot co.


babcia-malgosia


2012-03-31 o 23:07:25
skomentuj (1)

Znalazłam w sieci

Przemysław Piętak: Tanie państwo

Motto: 

 "Dla państwa najtańsza jest rodzina bez dzieci"  

 - Donald Tusk na spotkaniu z PSL, 22.03.2012

 

Dla państwa najtańsza jest armia bez żołnierzy.  

Dla państwa najtańsza jest policja bez policjantów.  

Dla państwa najtańsza jest straż pożarna bez strażaków. 

Dla państwa najtańsze jest lotnictwo bez pilotów.

 

Samochód bez paliwa to oszczędności na paliwie.  

Drogi bez autostrad to oszczędności na budowie autostrad.

Rozbity samolot to oszczędności na eksploatacji samolotu. 

Rozbite społeczeństwo to oszczędności na eksploatacji społeczeństwa. 

 

Im mniej dzieci, tym mniej trzeba wydawać na żłobki.   

Im mniej dzieci, tym mniej trzeba wydawać na przedszkola.

Im mniej dzieci, tym mniej trzeba wydawać na szkoły podstawowe.  

Im mniej dzieci, tym mniej trzeba wydawać na gimnazja.  

Im mniej dzieci, tym mniej trzeba wydawać na licea.

Im mniej dzieci, tym mniej trzeba wydawać na uczelnie wyższe. 

Im mniej dzieci, tym mniej trzeba wydawać na przyszłych bezrobotnych. 

Im mniej dzieci, tym mniej trzeba wydawać na przyszłych pracujących. 

Im mniej dzieci, tym mniej trzeba wydawać na przyszłych użytkowników autostrad. 

Im mniej dzieci, tym mniej trzeba wydawać na przyszłych chorych. 

Im mniej dzieci, tym mniej trzeba wydawać na przyszłych emerytów. 

Im mniej dzieci, tym mniej trzeba wydawać na przyszłe zasiłki pogrzebowe. 

 

Dla państwa najtańszy byłby rząd bez Tuska.

 

Przemysław Piętak

 

Tekst ukazał się na: salon24.pl


babcia-malgosia


2012-03-31 o 09:54:22
skomentuj (0)

Wywiad z Muhammadem Yunusem

 

Oto artykuł, który pozytywnie mnie poruszył.

Jest jakby wstępem mojego nastepnego, który juz obmyślam i przygotowuję - o unijnych dopłatach rolnych. 

 

NIC NIE JEST NIEMOŻLIWE      

Z Muhammadem Yunusem, laureatem pokojowej nagrody Nobla ( za stworzenie koncepcji mikrokredytów) rozmawiają Aleksandra Muzińska i Krzysztof Cibor, redaktorzy portalu ekonomiaspoleczna.pl

Pan Yunus zaproszony był także na inaugurację Międzynarodowego Roku Spółdzielczości, bo trzeba wiedzieć, ze ONZ ogłosił rok 2012 świętem ruchu spółdzielczego.  Spółdzielnie będąc bowiem przedsiębiorstwami społecznymi,  bardzo dobrze znoszą wszelkie tąpnięcia czy kryzysy na rynkach finansowych. Polski rząd  podpisał rezolucję ale na  razie nie świętuje, wręcz przeciwnie: od dłuższego czasu majstruje przy prawie spółdzielczym, zamierza przekształcić spółdzielnie w spółki kapitałowe, co może spowodować (i pewnie spowoduje) likwidację całych branż spółdzielczych, takich jak spółdzielnie inwalidów i niewidomych, spółdzielnie socjalne czy spółdzielnie rękodzieła artystycznego „Cepelia”. Dotyczyć to też będzie SKOKów – Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo Kredytowych, które świetnie sobie radzą w łatwych i trudnych czasach, obracając tylko kapitałem polskim. Na  ich niemałe zyski rząd nasz ma wielką ochotę.

Celem tegoż świętowania na całym świecie ma być podkreślenie roli spółdzielczości w rozwoju społeczno-ekonomicznym, jak też w pomniejszaniu ubóstwa, bezrobocia i budowie integracji społecznej.

W spółdzielczą lub kooperatywną  (to też rodzaj spółdzielczości) formę aktywności ludzkiej zaangażowanych jest na świecie około  miliarda osób.

Hasło tych obchodów to: „Spółdzielnie budują lepszy świat”

 

***************************

A oto już sam wywiad:

Młodzi ludzie w Krakowie pytali mnie „jak wprowadzać zmiany?”

Odpowiadam – samemu, nie liczcie na nikogo.

Najpierw poprze was pięć osób na Facebooku, potem 200, a w końcu 2 miliony.

Jak pana idee, realizowane w Bangladeszu, mogą być przekładane na doświadczenie innych krajów?

Muhammad Yunus:  Przekładalność idei nie jest żadnym problemem, bo ludzkie problemy są wszędzie takie same. Ideą biznesu społecznego jest stworzenie kreatywnego rozwiązania tych problemów przy wykorzystaniu narzędzi biznesowych.

Załóżmy, że istnieje jakaś lista najpoważniejszych problemów w Polsce. Przejrzyjmy ją i znajdźmy jakiś typowy problem, z którym boryka się np. Warszawa. Zacznijmy się nad nim zastanawiać. Czy możemy stworzyć biznes, który rozwiązałby dany problem? Najczęściej tak!

To prawda, ale jednak istnieją znaczne ekonomiczno-społeczne różnice pomiędzy Azją czy Europą.

 Społeczny biznes to tylko idea, pewna uniwersalna definicja. Oczywiste jest to, że trzeba ją potem realizować w lokalnym porządku prawnym. Nie ma co oglądać się na Bangladesz, każdy musi skupić się na rozwiązaniu własnego problemu. Ale wszędzie rozwiązanie musi przybrać formę biznesu. I jeszcze jedna rzecz – nie liczcie na żadne wsparcie ze strony państwa.

W Polsce, o czym przekonał się pan podczas spotkania w Pałacu Prezydenckim, dużo rozmawiamy o...

 ...o wsparciu ze strony państwa.

...i o prawnych rozwiązaniach i ułatwieniach dla przedsiębiorstw społecznych. Ludziom z grup wykluczonych, którzy chcą uruchomić własne przedsiębiorstwa i wydostać się z biedy, często brakuje kompetencji, wiedzy, pieniędzy. Rząd mógłby im pomóc przezwyciężyć to.

Cóż... jeżeli nie możesz czegoś zrobić bez pomocy rządu, to nie bierz się za to wcale. Znajdź sobie coś innego. Liczenie na pomoc rządu skazuje cię na uzależnienie i czekanie na dotacje. Nie możesz się rozwijać.

Ale wyobraźmy sobie spółdzielnię zakładaną przez ludzi ubogich. Rząd mógłby ich wspierać, chociażby przez ulgi podatkowe.

To złe myślenie. Jeżeli rząd będzie dotował powstawanie nowych spółdzielni, będą one tworzyć się tylko dlatego, że pojawiło się takie źródło pieniędzy. To pole do nadużyć i oszustw. Jakość pracy większości spółdzielni będzie niska.

Poza tym w ten sposób kształtuje się model działania oparty na nieustannym wsparciu państwa. Nie uczy on samodzielności. Kiedy finansowanie się skończy, wiele spółdzielni upadnie. Lepiej robić coś, co nie wymaga pomocy z żadnej strony. Nie bądźcie zależni od nikogo.

Na spotkaniu w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego wspomniał pan, że ludzie mają tendencję do postrzegania siebie jako pracowników, nigdy zaś jako pracodawców. Dlaczego?

To wynik systemu edukacji. Nauczyciele i rodzice powtarzają młodym ludziom – pracujcie ciężko, aby mieć dobre oceny. Po co? Po to, by dostać się do najlepszych szkół. Dyplom Oxfordu stwarza szansę na bardzo dobrą pracę. Zawsze na końcu tego tradycyjnego systemu edukacyjnego jest jakaś wizja lepszej pracy czy lepszego życia. Życie definiowane jest jako praca. Osobiście się z tym nie zgadzam, życie nie jest ani pracą, ani niewolnictwem, jest raczej tworzeniem. Jeżeli jako pracownicy wykazujemy się kreatywnością, to nasi pracodawcy na niej zarabiają, my otrzymujemy tylko stałą pensję. Czy rzeczywiście po to żyjemy?

Czyli system należy zmienić w celu wzmocnienia postaw przedsiębiorczych? 

Po pierwsze, każdy powinien sobie uświadomić, że jest niezależną jednostką. Po drugie, trzeba mieć jakąś wizję siebie i odpowiedzieć sobie na pytanie po co się tu jest i jak zamierza się żyć. To powinno być częścią nauczania w szkołach. Nauczyciele powinni stymulować uczniów do myślenia o swojej przyszłości, do zadawania sobie tych pytań. A kiedy uczeń powie, że chce być inżynierem czy lekarzem, to zapytajmy dlaczego. Czy tylko po to, by mieć wygodne życie? A może chodzi jeszcze o coś innego? Uczniowie powinni też debatować między sobą, bo jeżeli wszyscy chcą mieć np. samochód, to pożyteczniejszym i ekologicznym rozwiązaniem byłoby kupić jeden, ale tak aby służył wszystkim. Oczywiście jest znacznie więcej ludzi, którzy chcieliby mieć samochód, więc może trzeba pracować nad rozwojem transportu zbiorowego? Takie pytania motywują do myślenia o tym, jak świat powinien być urządzony i o tym, jaka powinna być nasza rola w nim.

Tego typu zmiana w edukacji wydaje się wręcz niemożliwa.

Jest bardzo możliwa! Ludzie, którzy tworzą portale informacyjne nie mogą mówić, że jest niemożliwa. Zmianę można zacząć chociażby od utworzenia internetowej platformy edukacyjnej.

Czyli zmiana oddolna zamiast systemowej?

Aby zmienić system, trzeba udać się do rządu, a on i tak tego nie dokona. Trzeba zrobić to samemu. Młodzi ludzie w Krakowie mieli ten sam problem. Pytali mnie „jak wprowadzać zmiany?”. Odpowiadam – samemu, nie liczcie na nikogo. Najpierw poprze was 5 osób na Facebooku, potem 200, a w końcu 2 miliony.

Jeżeli system edukacyjny jest zły, zadajmy sobie pytanie, czego chcielibyśmy się nauczyć, a potem szukajmy rozwiązań. I nie trzeba tego robić na uniwersytetach, można robić to w sieci, wspólnie z innymi ludźmi. Nowe technologie pozwalają na takie rozwiązania i zazwyczaj nic to nie kosztuje.

Nie ma pan zbyt dużego zaufania do rządów.

To nie kwestia zaufania. Ja po prostu ich nie potrzebuję. Poleganie na rządzie tworzy mentalność zależności. Oczekujemy, że rząd jak tatuś będzie nas trzymał na swoich kolanach, a to do niczego nie prowadzi. Jesteśmy dorosłymi ludźmi.

Ale w Europie mamy rozbudowane systemy opieki społecznej.

 Świetnie, niech istnieją. Sam nie szukałbym tam jednak pomocy.

W Polsce mamy duże bogate miasta, ale są też mniejsze ośrodki i wieś, gdzie jest utrudniony dostęp do usług społecznych, np. szkół.

 Wtedy stworzyłbym te szkoły w ramach biznesu społecznego.

I ludzie wzięliby odpowiedzialność za edukację dzieci w swoje ręce. Ale dlaczego mieliby się z tym mierzyć?

 Nie traktujemy tego jak jakiejś walki. Raczej jako coś przyjemnego i pożytecznego.

A co w sytuacji, kiedy jest zbyt mało uczniów w danej wsi? Biznes z tego nie powstanie, ale państwo mogłoby wziąć na siebie odpowiedzialność.

Mam na myśli coś zupełnie innego. Chodzi mi o edukację, a nie o budowę szkół. Jeżeli szkoła musi mieć budynek, to jest to myślenie bardzo tradycyjne. A przecież może to być kształcenie internetowe. Technologie pozwalają nam na to. Wystarczy jeden laptop we wsi i kontakt przez skype z nauczycielem. Szkoła w tradycyjnym ujęciu jest już przestarzała. Niestety rządy będą trzymać się tej tradycji i będą uniemożliwiać nam realizację innowacyjnych rozwiązań.

Skoro przy tradycji jesteśmy. Dlaczego Grameen Bank kładzie tak duży nacisk na aktywizację kobiet? W tradycyjnym bangladeskim społeczeństwie, gdzie mężczyźni mają silniejsza pozycję niż kobiety, może to być wręcz niebezpieczne. Podważa się tradycyjne role.

Rzeczywiście byliśmy atakowani za takie działanie. Ciągle słyszałem, że taki podział ról jest po prostu elementem naszej religii – islamu. Ale to nieprawda i bardzo łatwo to udowodnić. Przecież prorok Mahomet pracował dla kobiety, która później została jego żoną. Ożenił się z przedsiębiorczynią. Dlatego przekonuję ludzi, że jeżeli chcą być dobrymi muzułmanami muszą szukać przedsiębiorczych kobiet. W ten sposób będą kroczyć drogą proroka. A jeżeli ktoś nie może znaleźć sobie takiej żony, to zapraszam do Grameen. Mamy tam bardzo dużo przedsiębiorczych kobiet.

Więc dokonuje pan rewizji tradycyjnego myślenia o islamie.

Tak i często słyszę, że niszczę w ten sposób kulturę. Ale wtedy pytam ludzi, czym właściwie jest kultura i co przez nią rozumieją? Bo w moim przekonaniu kultura ma służyć nam, a nie my kulturze. Nie żyjemy dla kultury, to ona ma sprawić, że będziemy żyć komfortowo. Kultura powinna rosnąć razem z nami, a jeżeli tłumi nasz rozwój, to jest martwa. Miejsce takiej kultury jest w muzeum. Dlatego sami nieustannie powinniśmy tworzyć coś na kształt kontrkultury. Zresztą, gdybym podążał ślepo za moją kulturą, to pewnie nie używałbym teraz telefonów komórkowych.

Kiedy zrozumiał pan, że kobiety są najlepszym odbiorcą działalności Grameen Banku?

Kiedy walczyłem z bankierami, którzy nie chcieli dawać pożyczek biednym ludziom, Zwracałem im uwagę, że kapitał trzeba dostarczać tym ludziom, którzy go nie posiadają. A oni pożyczali pieniądze tylko tym, którzy już je mieli, co było absurdalne. Okazało się też, że banki z zasady nie pożyczają pieniędzy kobietom. Nawet tym bogatym!

I dlatego zdecydował się pan skierować pieniądze do kobiet.

Widziałem statystyki udzielania pożyczek w komercyjnych bankach w Bangladeszu. Kobiety nie stanowiły nawet 1 procenta pożyczkobiorców. Dlatego uznałem, że w Grameen kobiety będą stanowić 50%, aby było bardziej równościowo. To nie było łatwe, bo początkowo kobiety wcale tego nie chciały. Wolały, aby to mężczyźni zarządzali pieniędzmi. Zajęło mi 6 lat, aby osiągnąć zamierzone statystyki. Wtedy dopiero zauważyliśmy, że kobiety lepiej wykorzystywały pożyczki. Korzyści społeczne były znacznie lepsze. Kobiety zawsze brały pod uwagę dobro swoich dzieci, finansowały ich naukę, dbały o ich przyszłość. Mężczyźni zazwyczaj konsumowali pożyczki, kobiety zaś zawsze myślały, jak dzięki pożyczkom zrobić krok naprzód.

Czyli kobiety wykazywały się znacznie większą odpowiedzialnością?

Tak, były też znacznie bardziej efektywne. Nie chcieliśmy już tracić pieniędzy na mężczyzn, dlatego zdecydowaliśmy się skierować całość środków do kobiet. I doszliśmy do tego dzięki twardym wynikom finansowym. Nie stały za tym jakieś feministyczne przekonania.

Czy uważa pan, że są jakieś problemy społeczne, których nie można rozwiązać za pomocą biznesu społecznego?

Nic nie jest niemożliwe. Jeżeli nie znam rozwiązania dla jakiegoś problemu społecznego, bierze się to tylko z mojej nieefektywności. Ale nie musimy rozwiązywać wszystkich problemów. Wybierzmy chociaż jeden i rozwiążmy go, a zostaniemy zapamiętani przez historię.

  

  


babcia-malgosia


2012-03-24 o 13:53:09
skomentuj (0)

Czytam, przeglądam, czytam
W drodze
Więź
Znak

Przydatne, praktyczne
Merlin
Rozkład jazdy autobusów i tramwajów w Warszawie
Wikipedia
Google
Allegro

Wiara, religia, życie
Jan Turnau refleksje biblijne czyli tzw. pisanki
Artur Sporniak blog o Kosciele, seksie, moralnosci
Mateusz
Opoka
Dominikanie

Różnorakie Artystylia
Ośrodek Działań Artystycznych dla dzieci i młodzieży
Swiat gliny
Zaprojektuj sobie sam (koszulki, kubki, kafle...)
Galeria Wylęgarnia
Zawady Oleckie
romantycznie.com art. prezenty
Ludowo Mi sklep sztuki ludowej
CeramikaSztuka

tu często zaglądam
blog mojego małżonka
anki gadanki
Ryba
matka od aniolka
mada
Fanaberka
emigrise
patunia
Blog dla Basi
andy
tuv
Cotek
matka-dzieciom
dudi
mattkapolka
towarymieszane
Dagna
agnieszek
kapelan
druga-mama